środa, 27 maja 2009

Jak z reklamy

Z tymi biedronkami w reklamie pewnego samochodu to sama prawda.
To nie są biedronki a omomiłki, ale cały ogród mi zaparowały.

Anielska cierpliwość




- Podaj mi jeden powód dla którego miałabym jej nie zamordować – powiedziałam do mojego syna, maksymalnie już wkurzona na najmłodsze ze stada. – Bo jest Twoją córką – podpowiedział nieśmiało pierworodny. No i nie zamordowałam.
Za to w dzień matki usłyszałam spowiedź małej. – Bo wiesz mamusiu, ja jestem ostatnio bardzo niegrzeczna i nie słucham i krzyczę, bo dojrzewam. Pani mi powiedziała – oświadczyła, wyraźnie z siebie zadowolona.
- Znaczy, że jak przestaniesz się przepoczwarzać, to będzie lepiej? – Aa tego nie wiem – zabezpieczyła tyły młoda i dała mi w prezencie bukiet bratków zerwanych na ogrodzie i laurkę serduszko. Za to średnia z trudem znalazła chwilkę w przelocie na uwieszenie się na mojej szyi i wybełkotaniu (buzia była pełna jedzenia) – Wszystkiego najlepszego.
- Jak Ty z nami wytrzymujesz? Zapytał synuś.
- Powiem tak – odrzekłam – Nie jest łatwo

czwartek, 21 maja 2009

Poznajemy świat

No to wysłałam moje średnie dziecię na dwudniową integrację klasową. Nad jezioro pojechali, miejmy nadzieję, że w okolicy chociaż jakieś niezdrowe żarcie sprzedają, bo wszystko wskazuje na to, że pogoda nie będzie dla nich zbyt łaskawa, deszcz na zmianę z deszczem i ... komarami. Kiedyś spędziłam takie wczasy z rodzicami. Nad morze wyjść się nie dało, bo wiatr urywał głowę, a deszcz i niskie temperatury skutecznie zniechęcały do spacerów. Siedzieliśmy więc we czwórkę (moi rodzice, ja i mój brat) w pokoiku wielkości schowka na miotły i graliśmy w oczko i to na pieniądze, bo i tak nie było ich gdzie wydać. Za to moje najmniejsze jedzie jutro do zoo. Moja wycieczka szkolna do zoo skończyła się oglądaniem słonia z przypadłościami skórnymi, zamkniętych na głucho bud z popcornem (w tych czasach tylko w zoo można go było nabyć) oraz awanturą jaką zrobiły pawiany, które uwolniły się z wybiegu i szarpiąc za ciuchy zeschizowane dzieci, wydzierały im z rąk lizaki koguciki, jedyną atrakcję tego dnia.

Liczę, że te ich wyprawy będą miały tylko takie przypadłości, bo inaczej nie ręczę za siebie.

Dzień życzliwości

- Właściwie niepotrzebnie brałam parasolkę – stwierdziłam po raz dziesiąty obijając się w aucie o tego grzmota.
- Może lubisz – przyczepił się mój ślubny.
- Aaa, już sobie przypomniałam. Zabrałam ją po to, żeby w razie czego mieć Ciebie czym zdzielić.
- Mnie? A za co?
- Za co, za co – wkurzyłam się lekko – Nigdy nie zrobiłeś nic bezinteresownie?
Ale pomyślałam sobie, że właściwie dzisiaj nie miałabym za co, wstał już po pierwszym budzeniu, nie był zaczepno-obronny, nie klął na innych użytkowników drogi i nawet na czas się wybraliśmy. Wychodzi na to, że jednak bezinteresownie. :D

środa, 20 maja 2009

A tort wyglądał tak


Jak to jest zrobione

Obiad
Mamusiu, dlaczego ja nie mam niebieskich oczu tak jak ona (ona to siostra, która natura wyposażyła w takie)? – Cóż dziecku odpowiedzieć, że listonosz nie miał niebieskich. Może nie zrozumieć, bo przy każdym zbywczym lub sarkastycznym stwierdzeniu trzeba wprost mówić, że to właśnie sarkazm jest, bo padają pytania dodatkowe. Tłumaczyć zawiłości genetycznych rozwiązań czy zignorować. Moja najmłodsza, niestety, ma w zwyczaju drążyć temat do upadłego.
Twoja siostra odziedziczyła cechy Waszej babci (mojej teściowej znaczy się) i dlatego ma takie oczy. Cała zresztą jest jak moja teściowa, nawet cechy charakteru się w niej same obudziły, bo od babci raczej przejąć nie mogła. Zbyt długo nie było jej dane cieszyć się posiadaniem kompletu babć.
- A czy mogę sobie szczurusia kupić? – W pierwszej chwili mam wrażenie, że w innej bajce wylądowałam, straciłam całą czujność i o mały włos nie wyraziłam zgody.
- Nie – oponuję zdecydowanie – Żadnych szczurusiów. Dziecię z tej okazji wyprodukowało dwie dyżurne łzy wielkości porządnego grochu i przechowywało je na policzkach przez długi czas.
Wieczorem na lodówce pojawił się nowy rysunek. Zwierzątko zupełnie przypominające szczura, a żeby wątpliwości nie pozostawiać opatrzony podpisem SZCZURUŚ.
Udawałam, że obrazka nie dostrzegam, a temat uważam za zamknięty.
Kolacja
Młoda nie wytrzymuje – A dlaczego nie mogę mieć szczurusia? – I łzy startują już na początku rozmowy. Nie chcąc się pastwić nad upierdliwym dziecięciem, długo i zawile tłumaczę, że babcia (ta druga) panicznie boi się gryzoni, a o szczurach nie chce nawet słyszeć. Że to kolejny obowiązek, bo to żywe stworzenie (tutaj oburzenie, że zawsze zwierzaki są dopatrzone). Tutaj mi się Hopek przypomina, który zanim się rozchorował zdechłby z głodu, pragnienia i brudu gdybym do niego nie zaglądała, ale za to uprawiałby (przez krótki czas) sporty ekstremalne.
Koniec rozmowy zalany morzem łez i stwierdzeniami z cyklu „bo ja chcę”.
Poranek
Lodówka zawieszona rysunkami tak, że nie mogłam jej znaleźć (lodówki znaczy się). Na wszystkich wiadomo co. Szczuruś w różowej sukience, Szczuruś z długimi rzęsami, szczuruś bawiący się z małą dziewczynką.
Wojnę o szczurusia wygrałam, chociaż trwała kilka miesięcy. teraz czeka mnie batalia papugowa.

wtorek, 19 maja 2009

Eksperyment

W czasach głębokiego niczego w sklepach dostałam od koleżanki odżywkę ziołową do włosów. Kłaki długie były i nadwyrężone codziennym kontaktem z lokówką, to taka odżywka czemu nie. Instrukcja obsługi jakoś rozczytałam, wyprodukowałam glajdę i wywaliłam zawartość miski na głowę. Później jakiś worek, ręcznik i zegarek. Korzystając z dobrej rady koleżanki przetrzymałam to coś na głowie dużo dłużej niż zalecano (bo ponoć efekt będzie piorunujący). Dobrze, że mi na klatę nie pokapało, bo może i tutaj by mi włosy wyrosły. Mikstura, poza klapciastą konsystencją, wstrętnie śmierdziała. Ale czego się nie robi dla urody? Wiadomo – człowiek w wieku nastu lat, ma takie parcie na urodę, że coś okropnego. A czasy takie nieprzychylne były, w szkole krótkie paznokcie (o lakierze bezbarwnym nie było mowy co dopiero o tipsach), strój mundurowy oraz włosy w naturalnym wydaniu (chyba najlepiej tłuste i przyklejone do twarzy, ale aż tak nikt nie wnikał).
Zatem po godzinie udręki zdjęłam worek z głowy i wypłukałam włosy. Już zabarwienie rozrzedzonej wodą papy dało mi do myślenia, ale przecież to tylko odżywka. Całe zło z moich włosów zostało wygnane ziołami i teraz tylko burza pięknie odnowionych włosów będzie cieszył moje oczy i duszę.
- Masz marchewkową głowę - zakomunikował mi brat, gdy wyszłam wreszcie z łazienki.
Pewnie jaja sobie robi – pomyślałam i spokojnym krokiem, lekko zresztą obrażona podreptałam przed lustro w przedpokoju. Ciemnawo tam było, bo przedpokój prawie 6 metrów miał i zero naturalnych dopływów światła. Zerknęłam w lustro i oniemiałam. Włosy jeszcze mokre, w półmroku niby, ale już było widać, że pełna katastrofa.
Po wysuszeniu włosów, moja głowa zapłonęła żywym ogniem. Zużyłam cały zapas szamponu familijnego (wtedy w litrowych butelkach), co wywołało falę niezadowolenia wśród domowników (trudno było nabyć środki higieny osobistej). Głowa nadal w płomieniach, poleciałam piętro niżej do przyjaciółki, która na mój widok zrobiła tylko Och! I bez specjalnego namawiania poszła po sprawczynię całego zamieszania.
- No coś Ty? – przecież to się zmyje po kilku myciach. – Ja już myłam włosy kilkanaście razy i nic – piekliłam się. A ona dalej swoje – daj spokój, moja ciocia też tak miała i jej się zmyło.
I wtedy mnie trafiło – jak to Twoja ciocia miała? I NIC MI NIE POWIEDZIAŁAŚ?!
- No wiesz? – obruszyła się – Może zapomniałam. I najnormalniej w świecie obróciła się na pięcie i sobie poszła, a ja zostałam ze swoją kolorową głową i milionem wyrzutów, które słyszałam przez jakieś trzy miesiące, po których „odżywka” odpuściła.