piątek, 6 listopada 2009

Tadeusz nadal na starych śmieciach

Dźwięk komunikatora wdarł się w środek ich rozmowy.
- Przepraszam – powiedziała Albi odbierając wiadomość.
- Niestety musimy naszą rozmowę przełożyć na później. Wzywają mnie do laboratorium. Pokażę Tobie po drodze gdzie mamy bufet i jak trafić na salę konferencyjną. Tylko się nie spóźnij.
Gdyby nie fakt, że Pospieszny czuł się cokolwiek przytłoczony ilością wydarzeń tego dnia, to może by i zaprotestował, ale tylko zrezygnowany poczłapał za nową koleżanką.
- O! To tutaj. Napij się czegoś, albo zjedz, bo narada może być dosyć długa. Spotkamy się na sali.
Błysnęła tylko swoją blond fryzurką i pobiegła przed siebie. Tadeusz rozejrzał się po korytarzach i doszedł do wniosku, że posiłek to nawet niezły pomysł i już wyciągnął rękę, aby otworzyć drzwi, gdy kątem oka dostrzegł jakiś ruch koło siebie. Obrócił się w tę stronę i zobaczył Lusię. Posłała mu smutne spojrzenie i wydawało się, że znów przemówi, ale zamiast znanego już Pospiesznemu komunikatu, wydobyła z siebie tylko eteryczne Pospieczny i zniknęła.
- Pospieszny, zgłoś się natychmiast do sali narad! – zagrzmiało na korytarzach.
Ruszył więc szybkim krokiem we wskazanym przez Albi kierunku zastanawiając co też mogło spowodować takie nagłe zainteresowanie jego osobą.
- Spóźniłeś się – sarknęła Betka na widok wchodzącego Tadeusza.
- Jak to spóźniłem? – Zdziwił się – Miałem jeszcze coś zjeść i
Przerwał w pół zdania spoglądając z niedowierzaniem na swój zegarek. Był faktycznie spóźniony na naradę. - Ale jak to się stało? – Lusia – pomyślał – to ona „ukradła” mi mój czas.
- Spotkałem Lusię – powiedział do wszystkich zebranych, a okazało się, że grupka jest spora. Zebrani na sali spojrzeli na niego z zainteresowaniem.
- Tutaj ją spotkałeś? – zapytała szefowa.
- Tak. Przy drzwiach bufetu.
- I?
- I właściwie nic nie powiedziała. No może coś na kształt Pospieszny, ale zaraz się rozpłynęła, a mnie z życiorysu ubyło jakieś czterdzieści minut.
- Musicie to zobaczyć! – wpadając do sali zakrzyknęła Albi. I zaczęła wymachiwać całą kupą papierów. Rzuciła je wszystkie na ogromny konferencyjny stół, a wszyscy jak wygłodniali rzucili się w ich kierunku. Nawet Tadeusz nie zdołał się powstrzymać i pochyli się aby dojrzeć, tę rewelację. Papiery zawierały całe mnóstwo wijących się wykresów. Przywodziły na myśl ekg bardzo chorej osoby.
- Zostałam wezwana do laboratorium, ponieważ wskaźnik aktywności czasowej zaczął wariować. Próbowałam namierzyć źródło i okazało się, że jest nim on.
Wskazała palcem na Pospiesznego. Wszystkie pary oczu spoczęły na Tadeuszu, a cisza, która zapadła w ciągu kilku sekund zamieniła się w odgłosy z rozjuszonego ula. Ludzie wymieniali uwagi zerkając na Pospiesznego.
- Dobra, dosyć tego!
Głos szefowej uciął wszelkie dyskusje.
- Zanim zajmiemy się tym zagadnieniem, pozwólcie, że przedstawię Wam nowego kolegę. To Tadeusz Stepowicz, wielu z was już go zna jako Pospiesznego. Dajcie koledze możliwość wdrożenia się w poruszające nas tak bardzo tematy. Jego to dotyczy chyba najbardziej, a jest u nas dosłownie od kilku godzin. Wszelka pomoc jest mile widziana. A jeśli chodzi o Ciebie – tutaj wyraźnie zwróciła się do Tadeusza – znajdź sobie miejsce i słuchaj. Wszelkie wyjaśnienia otrzymasz po zakończeniu narady.
- Borsuk. To zadanie dla Ciebie. Oświeć kolegę po naradzie i bądź jego przewodnikiem. Zależy nam na jak najszybszym wdrożeniu człowieka z problemy chwili. A jak już zdołaliśmy się przekonać jemu z wyjątkową łatwością czas przepływa między palcami.
Borsuk, człowiek w nieokreślonym wieku. Raczej starszy niż młodszy, spojrzał leniwie na Pospiesznego, jego sumiaste wąsy, czujne i przenikliwe spojrzenie świadczyły o sporym doświadczeniu. A sposób w jaki inni spoglądali na niego, wyraźnie świadczył o szacunku jakim jest tutaj obdarzany.
- Się zrobi szefowo.
Tubalny, ale bardzo przyjazny w brzemieniu głos, skojarzył się Tadeuszowi ze świętym mikołajem, później pomyślał o czarodziejach różnej maści. W jednej chwili był nowym pracownikiem. Szczęśliwym przecież, bo wreszcie na swoim miejscu, wymarzonym miejscu. Nowym w stadzie starych wyjadaczy, aż stał się przyczyną i skutkiem. Przyczyną zamieszania i skutkiem jakiegoś pokrętnego eksperymentu. Obudził się w nim lekki sprzeciw i właściwie chciał coś powiedzieć. Powinien chyba coś powiedzieć, ale wciągnęły go sprawy omawiane na zebraniu i uraza, która się w nim budziła szybko przygasła. – Wszystko się jakoś poukłada, to pierwszy dzień. Wszystko wydaje mi się dziwne i obce.
Pospieszny był hojnie obdarzony przez naturę w bystry i ponad inteligentny umysł, który błądził często w „innych” światach, ale nigdy nie utracił zdolności analitycznego myślenia.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Pamięć moja przedziwna

- Synu! – zawołałam pierworodnego, bo w moim umyśle właśnie się rozświetliła złota myśl, która ciągle gdzieś mi uciekała.
- Tak? – młodzian przyczłapał do mnie lekko zniesmaczony koniecznością oderwania się od zajęć ważniejszych.
- Czy Ty może we wtorek masz próbną maturę z matematyki? – zapytałam bez wstępów.
- Tak – i znów krótka byle jaka odpowiedź.
- To czemu wcześniej nic nie mówiłeś?
- Sam się dowiedziałem przedwczoraj.
No właściwie to powinnam się cieszyć, bo doszedł do wniosku, że może i ktoś tam coś, gdzieś, kiedyś mówił. Ale kto by to tam spamiętał?

I zaraz przypomniały mi się wydarzenia mające miejsce za moich czasów szkolnych. Pewnego roku naukę języka polskiego w mojej klasie, przejęła nowa nauczycielka. Wszystkich dokładnie sobie pooglądała, zapoznała się z możliwościami i pod koniec pierwszego semestru „musiała” dać niektórym szansę, bo jakoś nie mogli nadążyć z materiałem. Jako sposób na podratowanie mizernego kapitału ocenowego podała – przygotowanie referatu na temat wybranego polskiego wieszcza. Oj cieszyli się wtedy popularnością wieszcze nasi ukochani. A później nastąpił ten dzień, kiedy zainteresowani mogli wygłosić referaty. Było miło i ciekawie, ale chyba najbardziej zapadł mi w pamięć referat Mareczka. Mareczek elokwentny zbytnio nie był, ale starał się biedny jak tylko potrafił. Referat przygotował, wyszedł na środek klasy i wyrecytował swoje odkrycia. Kobieta zwana przez nas Pająkiem pokiwała głową ze zrozumieniem zaproponowała nawet ocenę (coś koło czwórki się kręciło), ale widać Mareczek nie dońca zadowolony był, bo na komendę – Siadaj Marku.
Zakrzyknął gromko
- Ale pani profesor ja mam jeszcze zdjęcie tego fagasa.
Określenie fagas, jakoś średnio przystawało do wieszcza (nie pamiętam który to był), bo Pająk pokraśniał, nabrał pełną pierś powietrza i wydawało się, że nic nie uchroni Mareczka od jej gniewu boskiego, gdy nagle z kobiety uszło to całe powietrze, na umęczonej twarzy pojawił się wyraz lekkiego rozbawienia zmieszanego z bezradnością i słabiutki głosik wydobył się z trzewi pani psor.
- Dobrze, już dobrze. Siadaj Mareczku.
Pamięć to zadziwiające zjawisko, nigdy nie wiadomo co tam z niej wypadnie.

Zimowe klimaty w jesiennym ogrodzie


piątek, 23 października 2009

Telefonowa tęcza

Pan P... nadal tutaj jest

- Chodźmy. Najpierw Ciebie zakwaterujemy, żebyś miał gdzie robić przemyślenia, jak juz dopadną Ciebie te stada, spragnionych świeżej krwi, współpracowników. No i musisz się zainstalować. Nienormowany czas pracy, w wielu przypadkach oznacza, że tutaj mieszkamy. Dlatego właśnie moje biuro wygląda tak, a nie inaczej. Zresztą, zapewnia Ciebie, że pozostałe w tym dziale zadziwią Ciebie jeszcze bardziej. Mamy tutaj jeszcze spore zaplecze kuchenne i coś na kształt bufetu, bo nie wszyscy lubią szykować sobie posiłki we własnym zakresie i pewnie do tej pory popadaliby z głodu. Są też sale laboratoryjne, ambulatorium, magazyny z rzeczami różnymi. Na początek, jednak, zapoznać się musisz z regulaminem obowiązującym w tym dziale i fajnie by było gdybyś zechciał przestrzegać zasad bezpieczeństwa, bo od nich zależy nie tylko Twoje życie, ale również życie innych ludzi. I tutaj – ostrzegam – żadnej taryfy ulgowej.
Pospieszny podążał za Beatą słuchając jej raczej mało uważnie, za to z ciekawością rozglądając się po coraz to obszerniejszych korytarzach.
- Strasznie długaśne. – pomyślał. Właściwie dlaczego miałby być inne? Budynek firmy był imponująco wielki. Część zajmowana przez biura dla „przekładaczy papierów” żenująco mała i ulokowana na jednym piętrze. Tadeusz wiedział też, że dwa piętra były zarezerwowane dla zarządu firmy. Znajdowały się tam gabinety prezesów i innych ważnych person oraz sale konferencyjne. Pozostała część budynku tkwiła sobie, tak jakby, poza jego myślami. Właściwie przez pierwsze miesiące pracy wyobrażał sobie jak to dostaje się do innego działu i odnajduje te wszystkie tajne laboratoria, i nieomalże odkrywa inne światy, ale zniechęcenie rodzajem pracy przyszło tak szybko, że budynek skurczył się do rozmiarów szybu windowego z przyklejonym do niego siódmym piętrem wyposażonym w dwa krótkie korytarzyki i ledwo kilka gabinecików.
To co oglądał w tej chwili otwierało w jego umyśle kolejne drzwi i budynek znów stawał przed nim w swojej całej krasie. Wielki i pełen tajemniczych miejsc. Miejsc, które sam będzie mógł odkrywać.
- Ej, Pospieszny, jesteś tutaj? – nieco niecierpliwy głos szefowej wyrwał Tadeusza z zamyślenia. Zamrugał oczami, aby odzyskać ostrość widzenia.
- Tak, tak jestem. Zastanawiałem się tylko, jak to możliwe, że przez tyle lat, nie zauważyłem, że to wszystko się dzieje wokół mnie, nie widziałem ludzi i ogromu tej instytucji?
Betka uśmiechnęła się lekko – My to nazywamy wyłączeniem, bardzo cenna cecha, gdy zachodzi konieczność pracy w warunkach szczególnie uciążliwych i stresujących. Nastawiasz się na wykonanie konkretnego zadania i reszta Ciebie nie interesuje. Tworzysz minimalistyczny rodzaj świata, w którym tobie będzie najłatwiej funkcjonować, a później już jakoś leci. „Odcinasz” po kawałku rzeczywistości i „chowasz” ją jako mało użyteczną. Zaczynasz wykorzystywać dopiero w odpowiednim momencie.
Zatrzymali się przed jakimiś drzwiami.
- Ale to lepiej zapamiętaj. 213 – to Twój nowy dom i Twoje nowe miejsce pracy.
Beata zerknęła na czytnik linii papilarnych i zdecydowanym ruchem coś z niego zdarła, a później wydarła się w pustą przestrzeń korytarza.
- Nogi wam z tyłków powyrywam, za te głupie numery! To do naszych działowych klaunów było. Chcieli na czas jakiś pozbawić Ciebie linii papilarnych a tym samym możliwości samodzielnego poruszania się po dziale. Można by pomyśleć, że takim starym facetom, powinno w głowach siedzieć coś poważniejszego, ale oni są jak dzieci, co ciągle tylko psoty mają w głowach. Uważaj na nich. I na siebie też.
Weszli do gabinetu. Pospieszny oniemiał. Ogromna przestrzeń była szokująca i prawie pusta. na środku stało biurko i krzesło, które w tym wielkim pomieszczeniu wyglądały jak zagubione zabawki. W głębi widoczne były jeszcze jedne drzwi.
Kobieta podążając za wzrokiem Pospiesznego wyjaśniła
– To drzwi do łazienki. A całość musisz sobie sam urządzić według własnych potrzeb. Po naradzie, która odbędzie się za godzinę spotkasz się z magazynierem, który zapewni Tobie wszystkie niezbędne sprzęty. Oczywiście jeśli chcesz coś zabrać ze swojego mieszkania, nie ma problemu. Jeśli chcesz zachować swoje mieszkanie – nie ma problemu. Jeśli chcesz tutaj mieszkać na stałe – nie ma problemu. generalnie – wszystko jest do dogrania. Myślę, że potrzebujesz trochę czasu na uporządkowanie wszystkich spraw. Niestety nie mamy czasu jeśli chodzi o Lusię. Więc narada właśnie w tej sprawie będzie o 11tej.
- Ależ ta kobieta ma gadane – pomyślał Pospieszny. Mocno przytłoczony nadmiarem informacji, ale też mocno zadowolony obrotem spraw.
- Czy przed naradą, mogę uzyskać jakieś dodatkowe informacje na temat Lusi?
- Oczywiście. Albi wprowadzi Ciebie w szczegóły sprawy.
- Albi? – mruknął pod nosem Tadeusz.
- To nasz działowy Einstein.
Okazało się, że do geniusza Pospieszny nie będzie miał daleko i nawet przez chwilę ta myśl go cieszyła, bo jakoś po pierwszych kontaktach z Rudym i Giemzom nie wyobrażał sobie siebie w charakterze trzeciego do spółki, a skoro miał tutaj mieszkać i pracować, i żyć, to... Jednak jego zabłąkana myśl szybko upadła na podłogę. Albi okazała się drobną blondyneczką o przenikliwym zielonookim spojrzeniu i ostro nakrapianym piegami zadartym nosku. Otoczenie w jakim ją zastali od razu wykluczało Albi z grona „tych” blondynek. Mrugający wścibskimi światełkami sprzęt, mnogość narzędzi oraz półki uginające się pod ciężarem literatury wszelakiej. Pospieszny oglądał to wszystko z wielkim zainteresowaniem.
- Albi, to jest Pospieszny.
- Anna Drzewiecka – wyciągnęła do Pospiesznego swoją drobną dłoń. Ujął ją i również się przedstawił.
- Tadeusz Stepowicz.
- To ten Pospieszny? – Zapytała Albi wyszarpując swoją rękę, zbyt długo przetrzymywaną przez Tadeusza.
- Uhmy – Mruknęła Betka – Ten sam – po czym szybko dodała – Zostawię was samych. Muszę jeszcze kilka spraw przygotować przed naradą, a Ty Albi, bądź tak dobra i wyjaśnij jak najwięcej nowemu koledze.
- Dobra, jak sobie życzysz. – Machnęła ręką na pożegnanie odchodzącej szefowej i spojrzała zaciekawiona na przybyłego do jej królestwa mężczyznę.
- Siadaj proszę. Mamy mało czasu, a wiele spraw do omówienia. Aby łatwiej było ogarnąć całość zagadnienia, opowiem Tobie o pewnym odkryciu którego dokonałam zupełnie przez przypadek kilka lat temu. Jak chyba wiesz, zagadnienia czasu i przestrzeni są rozpatrywane przez rzesze naukowców już od wielu, wielu stuleci. Z pewnością zauważyłeś u siebie zjawisko czasu przeciekającego przez palce, albo uciekającego czasu, czy czasu wlekącego się. To są sytuacje, które przytrafiają się właściwie każdemu.
Dziewczyna dopiero teraz przysiadła na śmiesznym krzesełku wyszarpniętym spod najbliższego biurka.
- Czy zdarzyło się Tobie, że specjalnie wstałeś kilka minut wcześniej, bo chciałeś być szybciej w pracy, a w rezultacie okazało się, że się spóźniłeś, chociaż ilość oraz rodzaj wykonywanych czynności nie odbiegały od tych wykonywanych codziennie?
W pierwszej chwili Pospieszny pomyślał sobie, że Anna się z niego nabija, jakby zaglądała w jego rozwleczone do granic możliwości życie, ale wypadało odpowiedzieć.
- Bo to raz. Spóźnienia, to mój znak rozpoznawczy. Ale znaczy to tylko tyle, że zupełnie nie potrafię się zorganizować.
- Widzisz – nie do końca jest tak jak mówisz. Ja zetknęłam się z tym zjawiskiem kilkakrotnie i wpadłam na pomysł, żeby je zmierzyć.
- Co zmierzyć?
- Nazwałam to przeciekami czasowymi. A żeby było ciekawiej okazało się, że przecieki czasowe są ściśle powiązane z ludźmi.
- Co znaczy, że są powiązane z ludźmi?
- Gdy stworzyłam miernik przecieków, udało mi się pomiar przetransponować na obraz. wygląda on mniej więcej tak.
Albi sięgnęła, po plik wydruków na biurko i podała go Tadeuszowi. Przeglądał kolejno kartki, na których widniała sylwetka ludzka, a od niej odchodziły grubsze albo cieńsze linie. Dziewczyna podeszła do niego i również pochyliła się nad obrazami.
- Widzisz te linie? To są właśnie przecieki. Grubość linii świadczy o sile wycieku. Czasami są to ułamki sekund, ale czasami są to pokaźne pakiety minut.
- I każdy tak „przecieka”? – Zainteresował się Pospieszny
- A wiesz, że nie. Właśnie dlatego to my się tym zajmujemy. Wycieki czasowe dotyczą tylko niewielkiej grupy osób. Sprawa została więc potraktowana jako zjawisko paranormalne jak umiejętność, telekinezy. Jestem teraz na etapie badania czy naprawdę, to jest ściśle powiązane z indywidualnymi predyspozycjami ludzi czy może przytrafia się to każdemu tylko w różnych przedziałach czasowych.
Tadeusz zamyślił się. Ciekawe czy on jest w grupie tych dziurawych czy raczej tych nieudaczników.
- Jak wybierasz obiekty do badania?
Albi nieoczekiwanie spłonęła rumieńcem.
- Tego w tej chwili Tobie powiedzieć nie mogę. Porozmawiam z Betką i wrócimy do tematu. Ok? – W jej zielonych oczach pojawiła się błagalna iskierka. Pospiesznemu wydało się to dziwne. Taka otwarta rozmowa nagle stała się jakby niewygodna. Przynajmniej dla jednej strony. Wzruszył ramionami.
- Dobra. Jak tam chcesz. To teraz jak możesz – To ostatnie zdanie nieznacznie przeciągnął, dając kobiecie do zrozumienia, że takie dziwne tajemnice zupełnie jego nie kręcą. – Powiedz mi coś jeszcze o Lusi.

środa, 21 października 2009

Połatana stronka


Czuję się w obowiązku wytłumaczyć z takich nieregularności na Tutaminkowej stronie. Po pierwsze zaatakował mnie notoryczny brak czasu. Natłok obowiązków niechcianych, nie lubianych i nie koniecznie przewidzianych sprawił, że organizacja znalazła się w punkcie martwym. Pan Pospieszny dosłownie zapchał mi wszystkie wolne półki w mojej głowie i jak w najbliższym czasie nie wywlekę go na stronę, to będzie niedobrze, ooj niedobrze. Ale zanim to nastąpi, będę zmuszona gościa wysiedlić na zupełnie oddzielnego bloga, o czym poinformuję w stosownym momencie i odpowiedniej formie.
Działań różnych też nie prowadzę, z przyczyn różnych i przedziwnych, staram się natomiast ze spraw bieżących wywiązać jak najlepiej, tzn. do pracy chadzam i wykonuję na czas (jeszcze), do szkoły muzycznej dziecko prowadzam też również, na tańce jeszcze nie wozimy średniego nieszczęścia naszego, bo złamany paluch nadal na zwolnieniu jest.
A wczoraj oczekując na najmłodsze, aż się na tej wiolonczeli weźmie i wygra, wyruszyliśmy z małżonkiem na wycieczkę po sklepach. tak sobie wyruszyliśmy, bo właściwie w celu nijakim. Nastroje takie bardziej nostalgiczno-jesienne chyba nas dopadły, bo wleźliśmy do sklepu z ciuchami. Z obrzydzeniem popatrzyłam na wiszące na wieszakach szmaty i już chciałam przybytek ony opuścić, gdy za rękaw zostałam zaciągnięta przed jedną rzecz taką.
- Co to jest? – Zapytał mój ślubny
- No co Ty? Nie widzisz? Sweterek przecież – ofuknęłam męża
- To sweterek jest?! – oburzył się święcie – Zobacz, gdzie on ma otwory na rece i na szyje gdzie ma otwór, no zobacz, zobacz.
Gorączkował się strasznie przy tym, a ja zupełnie nie wiem dlaczego. No fakt sweterek wyglądał jakby troszkę przez mole przejechany był, golfik taki mocno rozwleczony miał i w atrakcyjnym szarym kolorze był, takim bardzo śmieciowo szarym, ale bez przesady, gorsze rzeczy widziałam.
- O co tobie chodzi? Każdy przeciętny człowiek ma dwie ręce i szyje. Sweterek też musi mieć otwory na dwie ręce i szyję.
- Ale to wygląda jak sukienka powieszona odwrotnie, zobacz jak te ręce nisko opadły, a ta szyja to niby gdzie ma się co, no gdzie?
No i nostalgiczno-jesienne nastroje poszły w odstawkę. jak tutaj się nie denerwować, jak mężczyzna wyraźnie zaczepki szuka.
- Słuchaj no, widocznie taka jest potrzeba chwili żeby tak nisko ręce trzymać, a to tutaj, to golfik jest, tylko taki duuuży, ohydny – to fakt – ale duuuży. Chodźmy stąd i nie psujmy sobie nerwów.
Panie ekspedientki chyba odetchnęły z ulga po moim oświadczeniu, bo już zaczęły nerwowo przestępować z nogi na nogę jak zobaczyły i usłyszały (jakoś nie mamy w zwyczaju szeptać do siebie w sklepach) o co poszła cała sprawa. I tak się skończyły minuty przeznaczone na chwile relaksu w moim zaganianym świecie. teraz już nie będę taka rozrzutna i postaram się racjonalniej wykorzystywać czas.
Może wreszcie uda mi się przekazać baardzo mocno spóźniony prezent urodzinowy dla Dronki. Pokazuję go dzisiaj na stronie jako pocieszyciela oczu. Chociaż jako skan wygląda kiepsko.
A po drugie – mam jakiś wyraźny problem z organizacją.
Buuuu

piątek, 16 października 2009

...

Pięć lat udręki na stanowisku przekładacza papierów spędzonych w towarzystwie Wymiętolonego Pawła i Pierworodnego Adama, pod okrutnym, choć ślicznym pantofelkiem Kuternogi zakończyły się dla Pospiesznego zupełnie nieoczekiwanie właśnie tego środowego poranka przeplatane dziwnymi spotkaniami z osobą z innego świata.
Tadeusz postanowił szybko sformalizować swoje przeniesienie wizytą u Lemura. Udał się więc do jej gabinetu omijając szerokim łukiem swój własny, nie powiadamiając swoich dotychczasowych współpracowników o nieoczekiwanym awansie. Tak właśnie, o awansie. Tak sobie teraz o tym myślał, jak już nieco ochłonął po tych niedorzecznych przejściach.
Wtarabanił się do Lemura bez zbędnych wstępów i już zamierzał wdać się w zawiłe tłumaczenia, po co właściwie zawitał w te skromne progi, ale został uprzedzony.
- O, Pan Stepowicz! Proszę oddać mi swój identyfikator. Otrzyma Pan za chwilę nowy do poziomu 4F. Przygotowałam także aneks do Pańskiej umowy o pracę. Proszę tutaj podpisać.
Kościsty paluch kadrowej wylądował w miejscu, w którym Tadeusz posłusznie złożył swój wypracowany podpis, a później na jeszcze jednej kartce i jeszcze jednej i tych kartek było chyba ze dwadzieścia, a on był taki zmordowany, że nawet okiem nie chciało mu się rzucić na te wszystkie podpisywane świstki.
Po którymś podpisie z kolei Lemur nie wytrzymał
- Nie czyta Pan?
- Nie – Odrzekł Tadeusz – Bezgranicznie Pani ufam.
Na pomarszczoną twarz kadrowej spłynął zupełnie nieoczekiwanie panieński rumieniec i pojawił się ten sam dziwaczny niby-uśmiech, który zagościł na jej obliczu już po raz drugi tego ranka.
- Dobrze więc – powiedziała słodko – dla Pana informacji dodam tylko, że od tej chwili jest Pan pracownikiem działu Praktycznego zastosowania zjawisk paranormalnych i podlega Pan bezpośrednio Pani Beacie Wolnej.
- Wolne żarty – pomyślał sobie Pospieszny – znów baba i do tego to nazwisko.
Tadeusz był przekonany, że tym działem kieruje Giemza albo Rudy, właściwe, to myślał, że cały dział składał się tylko z tych dwóch. Jutro, jutro się wszystko wyjaśni.
Jutro powitało go, jak zwykle – niezwykle kurczliwym czasem. No niby robił wszystko sprawnie, wstał nawet kilka minut wcześniej niż zwykle, a i tak do windy dotarł kilka minut później niż zwykle. Zaklął pod nosem, bo to pierwszy dzień w nowym dziale, a on nie zdołał odbić się od dna i konsekwentnie podążał w kierunku wspominanego wcześnie rekordu spóźnień.
Podekscytowany, ale mocno poirytowany zaistniałą sytuacja ponadczasową Pospieszny wypadł z windy gotów odpierać ataki rozwścieczonego Lemura i poczuł się mocno zdezorientowany, że ten wcale na niego nie czyha. Tadeusz nerwowo zajrzał we wszystkie okoliczne korytarze, ale tam też nie było Lemura. W pierwszej chwili pomyślał, że jakaś choroba dopadła kadrową, ale szybko odrzucił tę myśl, jako całkowicie niedorzeczną. Skoncentrował swoje wysiłki na dotarciu do nowego działu. Gdy wreszcie uporał się ze wszystkimi napotkanymi po drodze do strefy 4F zamkami i drzwiami objawił się jemu zupełnie nowy świat i uchachana opakowana w burzę rudychy kłaków twarz. – Pewnie Rudy – Pomyślał sobie Pospieszny i ledwo to zrobił usłyszał jak twarz wykrzykuje do niego.
- Jesteś mi krewny pięć dyszek Pospieszny! Jestem Giemza.
Twarz poleciała w głąb przepastnego korytarza, ale zaraz objawiła się następna łysa jak kolano.
- Nie wierz, temu jełopowi, to Betce jesteś winien pięć dych. Jestem Rudy. Chodź za mną.
Pospieszny chyba już wczoraj zapodział gdzieś cały zapas swojej elokwencji, bo teraz tylko mruknął coś pod nosem i pomaszerował za dziwnym osobnikiem. Wcale nie przekonany, że jest on tym za kogo się podaje.
Gabinet, a raczej pokój, pomieszczenie do którego został zaprowadzony, w niczym nie przypominał tych gabinetów, w których miał wątpliwą przyjemność pracować dotychczas. Miękki dywan wyciszył tak skutecznie ich kroki, że osoba siedząca w głębokiej i wyglądającej na komfortową, kanapie z zaangażowaniem dłubiąca w jakimś cosiu innym cosiem, aż podskoczyła na anons Rudego.
- O Pani, przybył Pospieszny.
- Czego się skradasz kretynie – owrzeszczała go na to „o Pani” – wynocha.
Pospieszny całkowicie zbity z tropu również postanowił opuścić to miejsce, w silnym przekonaniu, że trafił jakoś niedobrze.
- A Ty dokąd? – zwróciła się tym razem bezpośrednio do Tadeusza.
– Siadaj proszę, zaraz skończę – Ton jej głosu jakby wyraźnie złagodniał. Wskazała na fotel naprzeciw siebie. Buduarowy charakter tego biura nie sprzyjał koncentracji. Myśli Pospiesznego rozbiegały się na wszystkie strony. Postanowił je jednak zebrać w jakąś logiczną całość, spojrzał też z uwagą na kobietę siedzącą na kanapie.
- Skończyłam – Podniosła się energicznie z kanapy, odłożyła cosie na pobliski stolik i podeszła do Tadeusza, który tak gwałtownie próbował się poderwać z miękkiego fotela, że mało nie wylądował na podłodze. Wyciągnęła do niego rękę i się przedstawiła.
- Beata Wolna, mówią na mnie Betka, ale nie ryzykuj tego przezwiska w mojej obecności, ja osobiście jego nie toleruję, za to po imieniu bez oporów, to znacznie ułatwia pracę.
Pospieszny ujął wyciągniętą dłoń kobiety i uścisnął ją energicznie – wybełkotał swoje imię i nazwisko.
- Usiądźmy – zaproponowała – Wiem, że koledzy mówią na Ciebie Pospieszny, a może wolisz po imieniu?
- Może być Pospieszny? – Odpowiedział, zupełnie nie mogąc odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
- Jeśli pozwolisz zacznę od rzeczy najważniejszych, a później zajmiemy się drobiazgami. – Ponieważ było to raczej stwierdzenie, a nie pytanie, skinął tylko głową, a ona kontynuowała. – Znalazłeś się w naszym dziale akurat teraz z dwóch powodów. Po pierwsze, wypowiedziałeś słowo klucz. W normalnych warunkach procedura przejścia trwałaby miesiąc, ale w wyniku nieodpowiedzialnych działań Rudego i Giemzy na terenie firmy pojawiła się Lusia. Z Lusią się już zetknąłeś wczoraj.
Tadeusz zrobił chyba strasznie zdziwioną minę, bo Betka uznała za stosowne wyjaśnić – Lusia, to ta dziwna kobieta, która nagabywała Ciebie na korytarzach firmy i prosiła o ratowanie jej świata. Wszelkich informacji na jej temat udzielą Tobie Twoi nowi współpracownicy, do których za chwilę się wybierzemy. Masz jakieś pytania?
- Mam. Mam całą masę pytań.
- Pytaj?
- Co znaczy, że wypowiedziałem słowo klucz?
- Może się to Tobie wydać zadziwiające, ale Lemur to osoba o wyjątkowym talencie. Potrafi idealnie wyłapać z tej szarej masy wylewającej się z wind pracowników idealnych. My zgłaszamy zapotrzebowania, a ona wynajduje. Jej metody są może niekonwencjonalne, ale zapewniam Ciebie, że bardzo skuteczne. W pracy, którą będziesz tutaj wykonywał kreatywność jest cechą niezwykle pożądaną, przez te wszystkie lata ani razu nie powieliłeś powodu spóźnienia, ale dopiero wczoraj dotarłeś do tego najbardziej prozaicznego :D Coś jeszcze?
- Ile osób pracuje w tym dziale?
- Sporo, ale na to dzisiaj nie mamy czasu. Poznasz wszystkich, tego akurat nie unikniesz. Muszę Ciebie jednak uprzedzić, że to zespół ludzi wyjątkowych. Giemzę i Rudego poznałeś i chyba już się domyślasz o co chodzi.
- No właśnie – przypomniał sobie Pospieszny swoje wątpliwości – Który to Giemza, a który Rudy? Odniosłem wrażenie, że mnie w konia robią.
- Wcale nie, Rudy, to ten łysy. Giemza przyszedł do pracy jako pierwszy już ze swoim przezwiskiem, a gdy pojawił się Darek, to natychmiast się z Giemzą zaprzyjaźnili. Jak wiesz, dokazują niesamowicie i przeważnie razem i ktoś, kiedyś, gdzieś się pomylił i powiedział, że ten Rudy od Giemzy, to wstrętny dowcipniś i tak już zostało.
- A Lusia? Kim jest Lusia?
Szefowa wzięła głębszy oddech i czujniej spojrzała na swojego nowego podwładnego.
- A co konkretnie Ciebie interesuje?
Tadeusz nie wiedział co tak konkretnie jego interesuje, bo właściwie nie wiedział o napotkanej kobiecie nic. No może poza tym, że rewelacyjnie potrafiła rozpływać się w powietrzu.
- Skąd wiecie, że to jakaś Lusia?
Betka roześmiała się.
- Nie wiem. Sami ją tak nazwaliśmy, to taki zamiennik dla liczb. Mogliśmy ją nazwać obiektem badawczym 1387, ale Lusia brzmi chyba lepiej? Co o tym myślisz?
- No tak Lusia jednak lepsza.
Kobieta podniosła się z kanapy. – Chodźmy, poznasz swoich nowych współpracowników, dostaniesz też własny kąt. A i jesteś mi winien pięć dych.
- Jak to pięć dych? – Zbuntował się Tadeusz – Za co?
- W naszym dziale mamy nienormowany czas pracy, jak podpisywałeś wczoraj nową umowę, to pewnie zauważyłeś, a i tak dzisiaj rano szukałeś Lemura. Założyłam się, że przeczytałeś umowę i przyjdziesz wyluzowany do roboty, a jak było sam wiesz.