wtorek, 12 maja 2009

Życie to świnia

Wczoraj miałam wizytę u lekarza, a że babski lekarz wymaga babskiego ubranka, wbiłam się w spódnicę prostą, a nóżki oblekłam w pończoszki samonośne. Oczywiście jak to w naszej służbie zdrowia, oczekałam się w kolejce zasypywana gradem pytań przez moją najmłodszą, którą nieopatrznie zabrałam ze sobą. Dziecię koniecznie chciało się dowiedzieć w jakim celu lata się do ginekologa. Mój lekarz podał na to prostą odpowiedź. Do ginekologa chodzi się w celach nasennych. Znaczy, żeby świadomość prawidłowych badań, pozwalała na zdrowy i spokojny sen. Zatem zaopatrzona w środek nasenny wyleciałam z gabinetu, mocno już spóźniona do innych zajęć. Przez deptak, zahaczając o sklep ze słodyczami do auta. I niby wszystko byłoby ok, ale... Robiąc zakupy poczułam nagle, że niesforna pończoszka zaczyna dążyć w tempie zupełnie niepożądanym, ku ziemi. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że chyba mi się coś jakby przewidziało, ale nie. Każdy krok przybliżał mnie do sytuacji w jakiej chyba nikt by się znaleźć nie chciał. Dopadam zatem auta, mój małżonek po prostu ze śmiechu się pokłada, ja wściekła staram się stoczyć walkę z upierdliwą częścią ubioru. Zła i sfrustrowana mam w perspektywie jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia i te cholerne pończochy, które podciągnęłam pod szyję i całkiem już zniechęcona konsekwentnie realizowałam mój plan. Wysiadłam z auta i ostrożnie postawiłam kilka kroków w oczekiwaniu na efekty. I nic. Przyodziewek na swoim miejscu. Jeszcze kilka kroków i nadal nic. Pewniej zatem i nieco spieszniej podążyłam przed siebie i jak znalazłam się w słusznej odległości od mojej opoki (auta) one znów zaczęły. Najpierw odrobinkę, parę milimetrów. Ogłaszam odwrót, a one wtedy atakują pełną parą, raz jedna raz druga: 5, 10 i 15 milimetrów i tak milimetr po milimetrze w dół. Ja dwa kroki, one kolejne milimetry. Spódniczka niezbyt długa, taka kolankowa, a one coraz śmielej w dół. Jak dopadłam samochodu, jedna z nich bezczelnie wyglądała koronką poza odzienie wierzchnie. Wpadłam do środka autka i ze złością zerwałam te straszne rzeczy z moich nóg. Małżonek znów zaczął przejawiać żywiołową radość i dopytywać się czemu jadem pluję. A ja nie życzę nikomu takiej sytuacji, bo to tak jakby poczuć, że się ma wielką dziurę w spodniach w miejscach ogólnie uznawanych za wstydliwe. I chociaż z taką złośliwością materii nieożywionej spotkałam się po raz pierwszy, to chyba dużo wody upłynie zanim znów podejmę to wyzwanie. A dzisiaj wydaje mi się to o wiele bardziej zabawne niż wczoraj. Ciekawe dlaczego?

Brak komentarzy: