czwartek, 28 stycznia 2010

Zimo-nowo


Oj. Zaniedbałam stronkę okropnie. Pierwej jednak, zmuszona byłam zadbać o siebie i swoje podupadające gwałtownie zdrowie. Mały miesiąc i „jak Feniks z popiołów”, a raczej jak erzac Feniksa onego poczłapałam do pracy. Niby ludzi niezastąpionych nie ma, ale chyba do zastępowania mnie nikt się specjalnie nie pchał, bo zastałam wszystko na takim etapie na jakie to zostawiłam. I tak czas jakiś straty do peletonu nadrobić się staram i nie „palić, grabić i mordować” - tylko z wyrozumiałością, cierpliwością i zaangażowaniem do ideału podążać.
Ideału nawet przez najlepszy sprzęt obserwacyjny wypatrzeć nie jestem w stanie i pewnie gdzieś w okolicach półrocza coś tam mym oczom się ukarze.
Pomimo natłoku przemyśleń egzystencjonalnych, zapaści emocjonalnych i strat finansowo-moralnych, postanowiłam się nie poddawać i jakieś jednak działania pozarobocze podjąć. I co mi z tego wyszło?
Ano niewiele: czapek kilka i szalik jakiś, serwetka rozgrzebana i pochłonięty cały stos słowa pisanego.
A za oknem białość okropna zapanowała ponownie. I chyba jakiś mały plan na długie zimowe wieczory trzeba zrobić? W każdym razie wiosenne plany na razie na półkę idą.
Zimować.

czwartek, 24 grudnia 2009

Świątecznie bajecznie

Aby święta były dobre, nie potrzeba góry kasy. Wystarczy, że każdy z rodzinki znajdzie dla drugiego troszkę serdeczności i uśmiechu. W tym roku moje dzieci spisały się na medal pomagając przy wszelkich pracach domowo-kuchennych. A i pozostali członkowie rodziny starali się na wszelkie sposoby.
Życzę wszystkim takiego spokoju i miłości jaki zagościł w moim domu. By wesoły śmiech najbliższych rozbrzmiewał chętnie i często.

wtorek, 15 grudnia 2009

Powitajmy Świrka

- Mamusiu, czy myśleliście już co dostanę w prezencie imieninowo-urodzinowym? – Zapytała moja najmniejsza, gdy wlekłam ją na lekcje do szkoły muzycznej. Spojrzała oczkami pełnymi nadziei, co nie wiedzieć czemu, mocno mnie zaniepokoiło. Do „TEGO” dnia został jeszcze... dzień. A oczywiście sprawa prezentu była pilna, a nawet super pilna.
- Nie mogę Tobie powiedzieć – Odpowiedź wcale nie była wymijająca. Wiedziałam co dziecko chce dostać w prezencie, wiedziałam też, że pomysł spotkał się z ogólnym sprzeciwem pozostałych członków rodziny i że żadna odpowiedź nie będzie dla nie satysfakcjonująca.
- Powiedz, proszę, bo może ja nie będę chciała takiego prezentu.
Kłopoty wyłaziły po prostu z każdej mijanej przez nas dziury w chodniku.
- No dobra – poddałam się troszkę – myśleliśmy o jakimś sprzęcie grającym.
- Ja nie chcę – odpowiedź była błyskawiczna, a oczy wcześniej pełne nadziei, napełniły się po brzegi łzami.
- Cholera. Czy ja zawsze muszę wychodzić na złego glinę? – myśl ta sprowokowała mnie do długiej wypowiedzi na temat odpowiedzialności jaką zostajemy obarczeni nabywając kolejnego zwierzaka. I braku takowej przy dotychczasowych działaniach i przedsięwzięciach mojej córeczki.
Burzliwa wymiana zdań zakończyła się jeszcze większymi łzami. Zapuchniętą od płaczu buzią i stwierdzeniem.
- A patyczaki żyją.
No cóż? Faktycznie żyją. Dobrze, że babcia je czasami podlewa i dostarcza im świeżego pożywienia. Ale właściwie to przykro mi się zrobiło, że nie spełnię dziecięcego marzenia. Z tymi członkami rodziny stojącymi w opozycji, to przesadziłam. Rozmawiałam już ze wszystkimi i została mi jedna jednostka oporna. Mój małżonek.
Dziecię na lekcje zostało odstawione, a ja za pisanie się wzięłam, bo miałam w tzw. międzyczasie polecieć do sklepu i wcześniej wspomniany sprzęt dla dziecka wypatrzeć, że do sklepu nie idę, bo nie ma po co.
I co my teraz zrobimy? – padło pytanie
No nie wiem. Może przemyślmy raz jeszcze sprawę zwierzola.
Wniosek ku mojemu zaskoczeniu przeszedł na ten chmiast i akcja pozyskania tez została podjęta.
A efekt? Efekt zobaczcie na zdjęciu.

czwartek, 19 listopada 2009

Trochę wyszywanki







Wyszywanki powstają na korytarzach szkoły muzycznej oczywiście nie wszystkie, bo część zrobiła moja mama. Ale jak widać wszystko zmierza w stronę świąt. Pan Pospieszny musi poczekać na lepsze czasy i wszystko inne też. Moja doba skurczyła się do rozmiarów orzeszka laskowego i nic nie chce się w niej zmieścić.

piątek, 6 listopada 2009

Tadeusz nadal na starych śmieciach

Dźwięk komunikatora wdarł się w środek ich rozmowy.
- Przepraszam – powiedziała Albi odbierając wiadomość.
- Niestety musimy naszą rozmowę przełożyć na później. Wzywają mnie do laboratorium. Pokażę Tobie po drodze gdzie mamy bufet i jak trafić na salę konferencyjną. Tylko się nie spóźnij.
Gdyby nie fakt, że Pospieszny czuł się cokolwiek przytłoczony ilością wydarzeń tego dnia, to może by i zaprotestował, ale tylko zrezygnowany poczłapał za nową koleżanką.
- O! To tutaj. Napij się czegoś, albo zjedz, bo narada może być dosyć długa. Spotkamy się na sali.
Błysnęła tylko swoją blond fryzurką i pobiegła przed siebie. Tadeusz rozejrzał się po korytarzach i doszedł do wniosku, że posiłek to nawet niezły pomysł i już wyciągnął rękę, aby otworzyć drzwi, gdy kątem oka dostrzegł jakiś ruch koło siebie. Obrócił się w tę stronę i zobaczył Lusię. Posłała mu smutne spojrzenie i wydawało się, że znów przemówi, ale zamiast znanego już Pospiesznemu komunikatu, wydobyła z siebie tylko eteryczne Pospieczny i zniknęła.
- Pospieszny, zgłoś się natychmiast do sali narad! – zagrzmiało na korytarzach.
Ruszył więc szybkim krokiem we wskazanym przez Albi kierunku zastanawiając co też mogło spowodować takie nagłe zainteresowanie jego osobą.
- Spóźniłeś się – sarknęła Betka na widok wchodzącego Tadeusza.
- Jak to spóźniłem? – Zdziwił się – Miałem jeszcze coś zjeść i
Przerwał w pół zdania spoglądając z niedowierzaniem na swój zegarek. Był faktycznie spóźniony na naradę. - Ale jak to się stało? – Lusia – pomyślał – to ona „ukradła” mi mój czas.
- Spotkałem Lusię – powiedział do wszystkich zebranych, a okazało się, że grupka jest spora. Zebrani na sali spojrzeli na niego z zainteresowaniem.
- Tutaj ją spotkałeś? – zapytała szefowa.
- Tak. Przy drzwiach bufetu.
- I?
- I właściwie nic nie powiedziała. No może coś na kształt Pospieszny, ale zaraz się rozpłynęła, a mnie z życiorysu ubyło jakieś czterdzieści minut.
- Musicie to zobaczyć! – wpadając do sali zakrzyknęła Albi. I zaczęła wymachiwać całą kupą papierów. Rzuciła je wszystkie na ogromny konferencyjny stół, a wszyscy jak wygłodniali rzucili się w ich kierunku. Nawet Tadeusz nie zdołał się powstrzymać i pochyli się aby dojrzeć, tę rewelację. Papiery zawierały całe mnóstwo wijących się wykresów. Przywodziły na myśl ekg bardzo chorej osoby.
- Zostałam wezwana do laboratorium, ponieważ wskaźnik aktywności czasowej zaczął wariować. Próbowałam namierzyć źródło i okazało się, że jest nim on.
Wskazała palcem na Pospiesznego. Wszystkie pary oczu spoczęły na Tadeuszu, a cisza, która zapadła w ciągu kilku sekund zamieniła się w odgłosy z rozjuszonego ula. Ludzie wymieniali uwagi zerkając na Pospiesznego.
- Dobra, dosyć tego!
Głos szefowej uciął wszelkie dyskusje.
- Zanim zajmiemy się tym zagadnieniem, pozwólcie, że przedstawię Wam nowego kolegę. To Tadeusz Stepowicz, wielu z was już go zna jako Pospiesznego. Dajcie koledze możliwość wdrożenia się w poruszające nas tak bardzo tematy. Jego to dotyczy chyba najbardziej, a jest u nas dosłownie od kilku godzin. Wszelka pomoc jest mile widziana. A jeśli chodzi o Ciebie – tutaj wyraźnie zwróciła się do Tadeusza – znajdź sobie miejsce i słuchaj. Wszelkie wyjaśnienia otrzymasz po zakończeniu narady.
- Borsuk. To zadanie dla Ciebie. Oświeć kolegę po naradzie i bądź jego przewodnikiem. Zależy nam na jak najszybszym wdrożeniu człowieka z problemy chwili. A jak już zdołaliśmy się przekonać jemu z wyjątkową łatwością czas przepływa między palcami.
Borsuk, człowiek w nieokreślonym wieku. Raczej starszy niż młodszy, spojrzał leniwie na Pospiesznego, jego sumiaste wąsy, czujne i przenikliwe spojrzenie świadczyły o sporym doświadczeniu. A sposób w jaki inni spoglądali na niego, wyraźnie świadczył o szacunku jakim jest tutaj obdarzany.
- Się zrobi szefowo.
Tubalny, ale bardzo przyjazny w brzemieniu głos, skojarzył się Tadeuszowi ze świętym mikołajem, później pomyślał o czarodziejach różnej maści. W jednej chwili był nowym pracownikiem. Szczęśliwym przecież, bo wreszcie na swoim miejscu, wymarzonym miejscu. Nowym w stadzie starych wyjadaczy, aż stał się przyczyną i skutkiem. Przyczyną zamieszania i skutkiem jakiegoś pokrętnego eksperymentu. Obudził się w nim lekki sprzeciw i właściwie chciał coś powiedzieć. Powinien chyba coś powiedzieć, ale wciągnęły go sprawy omawiane na zebraniu i uraza, która się w nim budziła szybko przygasła. – Wszystko się jakoś poukłada, to pierwszy dzień. Wszystko wydaje mi się dziwne i obce.
Pospieszny był hojnie obdarzony przez naturę w bystry i ponad inteligentny umysł, który błądził często w „innych” światach, ale nigdy nie utracił zdolności analitycznego myślenia.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Pamięć moja przedziwna

- Synu! – zawołałam pierworodnego, bo w moim umyśle właśnie się rozświetliła złota myśl, która ciągle gdzieś mi uciekała.
- Tak? – młodzian przyczłapał do mnie lekko zniesmaczony koniecznością oderwania się od zajęć ważniejszych.
- Czy Ty może we wtorek masz próbną maturę z matematyki? – zapytałam bez wstępów.
- Tak – i znów krótka byle jaka odpowiedź.
- To czemu wcześniej nic nie mówiłeś?
- Sam się dowiedziałem przedwczoraj.
No właściwie to powinnam się cieszyć, bo doszedł do wniosku, że może i ktoś tam coś, gdzieś, kiedyś mówił. Ale kto by to tam spamiętał?

I zaraz przypomniały mi się wydarzenia mające miejsce za moich czasów szkolnych. Pewnego roku naukę języka polskiego w mojej klasie, przejęła nowa nauczycielka. Wszystkich dokładnie sobie pooglądała, zapoznała się z możliwościami i pod koniec pierwszego semestru „musiała” dać niektórym szansę, bo jakoś nie mogli nadążyć z materiałem. Jako sposób na podratowanie mizernego kapitału ocenowego podała – przygotowanie referatu na temat wybranego polskiego wieszcza. Oj cieszyli się wtedy popularnością wieszcze nasi ukochani. A później nastąpił ten dzień, kiedy zainteresowani mogli wygłosić referaty. Było miło i ciekawie, ale chyba najbardziej zapadł mi w pamięć referat Mareczka. Mareczek elokwentny zbytnio nie był, ale starał się biedny jak tylko potrafił. Referat przygotował, wyszedł na środek klasy i wyrecytował swoje odkrycia. Kobieta zwana przez nas Pająkiem pokiwała głową ze zrozumieniem zaproponowała nawet ocenę (coś koło czwórki się kręciło), ale widać Mareczek nie dońca zadowolony był, bo na komendę – Siadaj Marku.
Zakrzyknął gromko
- Ale pani profesor ja mam jeszcze zdjęcie tego fagasa.
Określenie fagas, jakoś średnio przystawało do wieszcza (nie pamiętam który to był), bo Pająk pokraśniał, nabrał pełną pierś powietrza i wydawało się, że nic nie uchroni Mareczka od jej gniewu boskiego, gdy nagle z kobiety uszło to całe powietrze, na umęczonej twarzy pojawił się wyraz lekkiego rozbawienia zmieszanego z bezradnością i słabiutki głosik wydobył się z trzewi pani psor.
- Dobrze, już dobrze. Siadaj Mareczku.
Pamięć to zadziwiające zjawisko, nigdy nie wiadomo co tam z niej wypadnie.