piątek, 11 września 2009

Powrót





- Co to ma być?! – gorączkował się mój pierworodny wskazując na datę ostatniego posta na Tutaminkowej stronie. – Sens życia straciłem – podsumował swoją gorączkową wypowiedź.
Moja koleżanka z pracy spojrzała na mnie oczyma smutnego spaniela i powiedziała – Nic nie napisałaś.
Od przyjaciółki przyszło zapytanie – Co się dzieje z Tutaminą?
A rzeczywistość szara jak papier toaletowy rodem z poprzedniego ustroju – nie pisałam, bo nie mogłam. Zmagałam się z wieloma przeszkodami, które zupełnie nie nastrajały mnie do działań pisarskich. Odpracowałam kolejny kawałek zupełnie nieudanego urlopu i nawet aparat w kąt trafił. Ale zdarzyło się sporo.
- Będziemy robiły wieniec dożynkowy – zakomunikowała moja mama po powrocie z jednego ze spotkań klubu seniora. – Fajnie – pomyślałam sobie i z ciekawości zapytałam. – A kiedy te dożynki?
Odpowiedź cokolwiek mnie zaskoczyła
– Zdążysz skończyć przed pójściem do pracy.

Że ja niby miałabym ten wieniec robić? Przecież zielonego pojęcia nie mam na ten temat. Postanowiłam zaprotestować.
– Ale dlaczego ja? - W końcu jeszcze nie załapuję się na klub seniora.
- Bo dziewczyny (patrz koleżanki mojej mamy) widziały Twoją palmę i stwierdziły, że musisz pomóc.
No skoro muszę, to chyba nie pozostaje mi nic innego jak się z całą sprawą pogodzić.
I faktycznie w stosownym czasie przyłączyłam się do procesu tworzenia wieńca. Potraktowałam całą sprawę jako sympatyczne i zupełnie nowe doświadczenie w zupełnie nieznanym mi gronie osób. Jakoś tak na drugim naszym spotkaniu język mnie zaświerzbił i zaproponowałam, że zwieńczenie może stanowić np. kogut wypieczony z ciasta. Spotkało się to z wielkim entuzjazmem i stwierdzeniem, to upieczesz. Jakieś miałam takie pojęcie, że skoro kobiety podjęły się zrobienia takiego wieńca (a zapewniam, że sprawa wcale nie jest prosta i oczywista), to pewnikiem różne inności też mają w małym paluszku i wraz z entuzjazmem wykrzeszą z siebie deklaracje, to ja ja upiekę. Alee niee – żadnych takich. Szłam później do domu lekko markotna, a po głowie pałętał mi się ten kogut.
Jeden kogut, dwa kogut, trzy kogut – po nocach dosłownie mi się śnił.
No i nadszedł ten moment, w którym sprawy nabrały rumieńców i zaczęły być pilne i należało w trybie super pilnym koguta stworzyć. Ciężko przemyśliwana technika, trochę świętego spokoju i chyba się udało. Później jeszcze do koguta powstała kwoczka (taka szkaradna bardziej) i efektem końcowym był wieniec – wcale niebrzydki. Niestety zdjęć całego wieńca nie robiłam, ale coś tam znalazłam na stronach gminy i powiatu i pozwalam sobie na ich prezentację.

A co się poza działalnością ludową, opowiem w następnej „czytance”.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Opalanie

Troszkę się opuściłam. Ale natłok natłoku zajęć sprawił, że zupełnie nie miałam do tego głowy. Stopień toksyczności też był duży i po co takie coś przelewać na strony.
Natłok się troszkę rozładował, ale do urlopu jeszcze nie zdołałam się dopchać więc o twórczych zajęciach mowy nie ma. Najgorsze jest to, że prezentu dla najmniejszej też jeszcze nie ma. Chyba się wybiorę razem z nią w czasie mojego urlopu (który staje się coraz mniej mój) i coś tam sobie wybierzemy. A na razie pogrzebałam w pamięci (nadal wakacje) i znalazłam tam sesję słoneczną. Jakoś tak sobie nie przypominam, żeby w czasach mojej nastoletniości upały trwały i trwały. Owszem ciepło bywało, ale generalnie jak temperatura latem sięgała 20 stopni, to obowiązkowa była wycieczka na basen. Jak tutaj na basenie się pokazać, jak człowiek blady jak po praktykach u młynarza? Zatem przed sezonem basenowym, wraz z moimi przyjaciółkami wychodziłyśmy na dach naszego bloku (100% papy), wysmarowane olejem (koniecznie rzepakowym) i opiekałyśmy się tam do skutku przez kilka dni. Po zdjęciu stroju (zwanego kiedyś opalaczem) człowiek świecił białą dupą, jak latarnią morską. Dopiero taki stopień wysmażenia był właściwy. I to nic, że wszystkie ciuchy w szafie i większość ręczników wydawało z siebie intensywną woń frytek. Bo nie wiem czy ktoś próbował kiedyś pozbyć się z ciała sporej porcji przypalonego oleju?

piątek, 31 lipca 2009

Urodziny


No i się znów zaczęło
Mamuś, mogę Ci powiedzieć co bym chciała na urodziny? – Urodziny już za kilka dni i właściwie na natłoku zajęć nie znalazłam chwili żeby się zastanowić, co tez może chcieć na urodziny moje najmłodsze.
- Noo mów.
Chociaż w głębi duszy czułam, że sprawa jest śmierdząca na odległość. Kilka dni wcześniej była rozmowa pod tytułem ja chcę żółwia. Żółw fajna sprawa. Dobrze powiedziałam, ale chyba trzeba było się opierać i nie doszło by do obecnej sytuacji.
- Chcę mieć rybkę.
Mój umysł zdołał już odlecieć gdzieś w międzyczasie, bo na rybkę zareagował dosyć leniwie
Jednak moja odpowiedź była zdecydowana – Nie – Dlaczego? – I w moją stronę spojrzały wielkie oczy pełne łez.
- Bo rybka to nie tylko rybka, trzeba jej stworzyć odpowiednie warunki i zakupić stosowny sprzęt. I przecież nie powiem dziecku, że to idiotyczne jest, bo równie dobrze można sobie interaktywną ramkę do zdjęć kupić. Efekt będzie ten sam (będzie się coś tam ruszało), a kłopotu jakby mniej.
- Kupmy rybkę – dołączyła się średnia – Nauczę ją śpiewać.
Śpiewać?! No tak właściwie jest to jakieś rozwiązanie. Śpiewająca rybka wzbudzi zainteresowanie całego świata. Będziemy przyjmować wycieczki z różnych krajów.
Ale nawet ta perspektywa nie nastawiła mnie pozytywnie do rybkowego planu i stanowczo się temu wszystkiemu sprzeciwiłam, a teraz jestem na etapie zastanawiania się jaki może być skuteczny zamiennik.

Rusałka Ceik odwiedza jeżówkę purpurową

czwartek, 30 lipca 2009

Senne koszmary

Zapomniałam - jak wiatr miękkim skrzydłem muska policzki,
Zapomniałam - jak słońce ciepłymi dłońmi otula twarz,
Zapomniałam - jak świetlista potrafi być radość spotkania,
Zapomniałam - jak ciepły deszcz obmywa zmartwienia.

Pamiętam - ból rozstania,
Pamiętam - rozpacz pożegnania,
Pamiętam - jak potrafi krwawić serce,
Pamiętam - chociaż nie wierzę.

wtorek, 28 lipca 2009

Co tak pięknie gra?

Gdybym chciała powiedzieę, że noce spędzam na spokojnym i zasłużonym odpoczynku, to powiedziałabym nieprawdę. Dzisiejsza nocka przerwana została dziwnymi odgłosami z dolnych partii domu. Zerknęłam i okazało się, że u mojego najstarszego palą się wszystkie światła i to z tego rejonu dochodzą odgłosy zaczepno-budzące. Nie bardzo miałam ochotę na wycieczki więc napisałam do latorośli, że spać ma iść – w formie oschłej bardziej, a dziecko mi na to – Przepraszam, karałem świerszcza, bo mi wszedł do pokoju i ćwierkał...
Ale to świerszcz nie był, bo wcale nie przystawał do opisu stworzonego przez potomka kilka tygodni wcześniej – czyli nie był krótszy od skorka i z ząbkami na dupie.
Od rana wymienialiśmy swoje spostrzeżenia na temat nieproszonego gościa i wyszło na to, że to Podłatczyn Roesela był powodem całego zamieszania.

poniedziałek, 27 lipca 2009