czwartek, 6 sierpnia 2009

Opalanie

Troszkę się opuściłam. Ale natłok natłoku zajęć sprawił, że zupełnie nie miałam do tego głowy. Stopień toksyczności też był duży i po co takie coś przelewać na strony.
Natłok się troszkę rozładował, ale do urlopu jeszcze nie zdołałam się dopchać więc o twórczych zajęciach mowy nie ma. Najgorsze jest to, że prezentu dla najmniejszej też jeszcze nie ma. Chyba się wybiorę razem z nią w czasie mojego urlopu (który staje się coraz mniej mój) i coś tam sobie wybierzemy. A na razie pogrzebałam w pamięci (nadal wakacje) i znalazłam tam sesję słoneczną. Jakoś tak sobie nie przypominam, żeby w czasach mojej nastoletniości upały trwały i trwały. Owszem ciepło bywało, ale generalnie jak temperatura latem sięgała 20 stopni, to obowiązkowa była wycieczka na basen. Jak tutaj na basenie się pokazać, jak człowiek blady jak po praktykach u młynarza? Zatem przed sezonem basenowym, wraz z moimi przyjaciółkami wychodziłyśmy na dach naszego bloku (100% papy), wysmarowane olejem (koniecznie rzepakowym) i opiekałyśmy się tam do skutku przez kilka dni. Po zdjęciu stroju (zwanego kiedyś opalaczem) człowiek świecił białą dupą, jak latarnią morską. Dopiero taki stopień wysmażenia był właściwy. I to nic, że wszystkie ciuchy w szafie i większość ręczników wydawało z siebie intensywną woń frytek. Bo nie wiem czy ktoś próbował kiedyś pozbyć się z ciała sporej porcji przypalonego oleju?

piątek, 31 lipca 2009

Urodziny


No i się znów zaczęło
Mamuś, mogę Ci powiedzieć co bym chciała na urodziny? – Urodziny już za kilka dni i właściwie na natłoku zajęć nie znalazłam chwili żeby się zastanowić, co tez może chcieć na urodziny moje najmłodsze.
- Noo mów.
Chociaż w głębi duszy czułam, że sprawa jest śmierdząca na odległość. Kilka dni wcześniej była rozmowa pod tytułem ja chcę żółwia. Żółw fajna sprawa. Dobrze powiedziałam, ale chyba trzeba było się opierać i nie doszło by do obecnej sytuacji.
- Chcę mieć rybkę.
Mój umysł zdołał już odlecieć gdzieś w międzyczasie, bo na rybkę zareagował dosyć leniwie
Jednak moja odpowiedź była zdecydowana – Nie – Dlaczego? – I w moją stronę spojrzały wielkie oczy pełne łez.
- Bo rybka to nie tylko rybka, trzeba jej stworzyć odpowiednie warunki i zakupić stosowny sprzęt. I przecież nie powiem dziecku, że to idiotyczne jest, bo równie dobrze można sobie interaktywną ramkę do zdjęć kupić. Efekt będzie ten sam (będzie się coś tam ruszało), a kłopotu jakby mniej.
- Kupmy rybkę – dołączyła się średnia – Nauczę ją śpiewać.
Śpiewać?! No tak właściwie jest to jakieś rozwiązanie. Śpiewająca rybka wzbudzi zainteresowanie całego świata. Będziemy przyjmować wycieczki z różnych krajów.
Ale nawet ta perspektywa nie nastawiła mnie pozytywnie do rybkowego planu i stanowczo się temu wszystkiemu sprzeciwiłam, a teraz jestem na etapie zastanawiania się jaki może być skuteczny zamiennik.

Rusałka Ceik odwiedza jeżówkę purpurową

czwartek, 30 lipca 2009

Senne koszmary

Zapomniałam - jak wiatr miękkim skrzydłem muska policzki,
Zapomniałam - jak słońce ciepłymi dłońmi otula twarz,
Zapomniałam - jak świetlista potrafi być radość spotkania,
Zapomniałam - jak ciepły deszcz obmywa zmartwienia.

Pamiętam - ból rozstania,
Pamiętam - rozpacz pożegnania,
Pamiętam - jak potrafi krwawić serce,
Pamiętam - chociaż nie wierzę.

wtorek, 28 lipca 2009

Co tak pięknie gra?

Gdybym chciała powiedzieę, że noce spędzam na spokojnym i zasłużonym odpoczynku, to powiedziałabym nieprawdę. Dzisiejsza nocka przerwana została dziwnymi odgłosami z dolnych partii domu. Zerknęłam i okazało się, że u mojego najstarszego palą się wszystkie światła i to z tego rejonu dochodzą odgłosy zaczepno-budzące. Nie bardzo miałam ochotę na wycieczki więc napisałam do latorośli, że spać ma iść – w formie oschłej bardziej, a dziecko mi na to – Przepraszam, karałem świerszcza, bo mi wszedł do pokoju i ćwierkał...
Ale to świerszcz nie był, bo wcale nie przystawał do opisu stworzonego przez potomka kilka tygodni wcześniej – czyli nie był krótszy od skorka i z ząbkami na dupie.
Od rana wymienialiśmy swoje spostrzeżenia na temat nieproszonego gościa i wyszło na to, że to Podłatczyn Roesela był powodem całego zamieszania.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Taki sobie dzień

Słowo dupa jest bardzo częstym gościem w naszym domu. Aby podkreślić niewłaściwość jakiejś sytuacji mówimy często jest do dupy, pada deszcz – do dupy, kasy brak – do dupy. Możemy mieś jeszcze dupacki dzień i można by tak jeszcze długo. Nie należy jednakowoż generalizować. Nie żeby było tak całkiem całkiem. Zdarzają się nawet lepsze dni – tyle tylko, że nie ostatnio. Zrobiła się już taka ilość dup, że żeby sobie spokojnie usiąść, to albo trzeba się rozpychać, albo siadać komuś na kolanach. Nawet robót galerniczych nie można zaplanować, bo jak już wolny dzień przychodzi, to okazuje się, że pada na zmianę z burzami. Nie będę pisała, że jest... – ale jest.
Zaczynam się już obawiać, że od czasu mojego niefartownego (patrz – do d...) urlopu, nie ma prawa nic się stać w sposób łatwy, szybki i przyjemny. Jednak jako istota starająca się z uporem maniak dążyć do lepszego, spoglądam w przyszłość z (niczym nie uzasadnionym) optymizmem i czekam na następny urlop, walcząc z przeciwnościami losu. A nawet klej do decu wylał mi się bezczelnie do skrzynki z farbami i większości nie mogę odspawać. Znajduję się na rozdrożu egzystencjonalnym. Emocjonalnie jednak strasznie zdeterminowana do tego zasranego optymizmu.