poniedziałek, 6 lipca 2009

Lato...


Skąd się wzięła Grizelda


- Zobacz co dla Ciebie znalazłam – Zawołała babcia do wnusi, targając w dłoni gałązkę kopru. Do gałązki była kurczowo uczepiona gąsienica pazia królowej (zdjęcie gdzieś tam niżej).
– Jaka śliczna – zatrajkoliła wnusia i natychmiast zaczęła snuć domysły co też z takiej gąsienicy może wyrosnąć.
Zdradziłam mamie i córce jakież to stworzenie wpadło w ich „szpony” i udostępniłam tymczasowy pojemnik do obserwacji. Kazałam jeszcze świeżego żarełka dorzucić.
- Mamo, a tam nie było takich kuleczek czarnych, a teraz są.
– Dałaś przecież jeść stworzęciu, to jak je to pewnie i kupa. W sposób oględny wyjaśniłam dziecku. Dziecię miało poobserwować i oddać naturze (gąsienice oczywiście). Ale...
Jakie było moje zaskoczenie, jak następnego dnia okazało się, że nie dosyć, że gąsienica nadal tkwi w pojemniku, to dostała jeszcze swoje własne imię. Grizelda!
Biedne stworzenie, potrząsane, przestawiane i nadmiernie dokarmiane. Dobrze, że zauważyłam, że zaczyna się gotować na parapecie, bo pewnie byłoby także upieczone.
Trzeba przyznać, że moja najmłodsza się przyłożyła, bo zdobyła wiedzę niezbędną do opieki nad Grizeldą. Co jada i kiedy będzie z niej motyl. Nie wzięła jednego pod uwagę, że zaraz wyjeżdża. Właściwie to już wyjechała. Najpierw stoczyłam z nią bój o Grizeldę właśnie, próbując przekonać uparciucha, że każdy zwierzak potrzebuje spokoju, i podróż przez pół Polski z całą pewnością jej nie posłuży. A później walczyłam o każdy drobiazg zapakowany do plecaka, który w wersji początkowej ważył chyba ze dwie tony. W każdym razie ja nie mogłam go dźwignąć. Biorąc pod uwagę, że moje dziecię raczej niewielkie jest, to pewnie też nie dałoby rady.
Po, trwających cały dzień, pertraktacjach dziecko wyjechało na zasłużony odpoczynek, a ja zostałam z grizeldą, która rano okazała się być mało (jak to nazwać?) chętna do współpracy. Dzisiaj ogród zostanie przetrząśnięty w poszukiwaniu egzemplarza zastępczego.

środa, 1 lipca 2009

Baby to ...

Baby to chuje! Zakrzyknął Aliczek wpadając z impetem do klubu. Wszyscy ze zrozumieniem pokiwali głowami świadomi tego, że od kilku dni walczył o przetrwanie związku z kobietą piękną, ale zupełnie niewyrozumiałą. Z drugiej strony - żeby aż tak?
Ochłonąwszy nieco dorzucił coś o tworzeniu klubu zatwardziałych kawalerów, do którego to klubu natychmiast dołączyli inni z połamanymi sercami. Aliczek może nie należał do grupy najśliczniejszych na świecie, a w obejściu taki lekki troglodyta, ale przesympatyczny był. Ale po latach widać, że znalazła się amatorka troglodytów i udaną parę tworzą i dzieciaczki fajne mają. A i pozostali członkowie klubu kawalerów pod wezwaniem „Baby to chuje” nie próżnowali przez te wszystkie lata i własne stadła pozakładali. A ponoć to kobiety mają skomplikowaną naturę?

wtorek, 30 czerwca 2009

...

Najpierw wszyscy oczekują poprawy, a później się dziwią. Jak wczoraj po pracy wróciłam do domu, zaskoczył mnie widok wybebeszonego ze sprzętów pokoju mojego syna. Podłoga lśniąca, a w tle prawie uporządkowane wnętrze. Zdziwiłam się uprzejmie, a później mój małżonek i średnia też. – Wyprowadzasz się? – zapytała. I szybko oświadczyła – zajmuję Twój pokój.
Uciszyłam towarzystwo i nie omieszkałam dokuczyć młodej jak zapytała czy może zrobić większe spustoszenie w talerzu z racuszkami, a później przypomniałam sobie, że średnia latorośl miała sobie przepierkę zrobić i wywlekłam sprawę na światło dzienne.
- A zrobiłaś to co miałaś zrobić (pytanie tak skonstruowane sprawia, że dziecię robi rachunek sumienia i czasami przez pomyłkę zrobi więcej niż oczekiwałam)?
- Tylko prania nie zrobiłam – usłyszałam w odpowiedzi. – Jak to tylko prania? O ile mnie pamięć nie myli to miałaś zrobić tylko pranie. To co robiłaś?
Jak chyba łatwo się domyślić nastała w tym momencie taka niezręczna cisza, a młody umysł pracował na pełnych obrotach, żeby opracować jakąś sprytną strategię odwrotu. Niestety porażka. Matka po kilku dniach otumanienia stała się czujną i znów wymagającą istotą. Wredna matka. Zagoniłam do prania i wyszłam ogród podsumować. Pomidory skończyłam podwiązywać i skalniaka trochę opatrzyłam i cały czas się zastanawiałam czy przed tegorocznym obozem znów będą histerie, że walizka jakaś mikra jest i jak tu w taki kartonik po butach się zapakować. Nawet nie chcę myśleć o tym jak przechlapane będzie miał facet co się zdecyduje na tę partię.

Kolejny gość w moim ogrodzie

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Ała

Oj zaniedbałam się w działaniach. Wszelkich, nie tylko Tutaminkowych. Nastąpił efekt lawinowy zakończony kilkudniowym, potwornym bólem głowy.
Doznanie, którego nikomu nie życzę, ja już dawno w ogrodzie, a moja głowa nadal w domu, jak się zorientowała i dołączyła, to z przyspieszeniem 8G i tak przy każdym ruchu. Fuj.
A teraz tygodniami będę się wygrzebywała z tak starannie uzbieranej ilości zajęć niezrealizowanych. I tak w pierwszej kolejności, muszę wypchać średnie na obóz. Chciałabym żeby to takie proste było. Walizka, autokar i krótkie papa. Jedzie i się bawi i cała zadowolona. Ale nie! Milion potrzeb trzeba zrealizować, bo nagle się okazuje, że dziewczę do tej pory nagie i bose po ulicach chadzało. A już z wielką niecierpliwością czekają na mnie roślinki, które otrzymałam w prezencie, cieszą mnie bardzo, ale opcji samosadzenia nie mają. A moje myśli coraz częściej biegną ku bardzo krótkiemu, ale za to mocno oczekiwanemu urlopowi. Udało mi się w weekend spaprać glinianego aniołka i będę musiała go jakoś naprawić albo nowego ulepić.
Zatem prawdą jest, że trzeba mieć czas do tworzenia i wolną od zajęć głowę.

wtorek, 23 czerwca 2009

Z drogi! Ja - facet jadę do pracy

Drogi powinny zostać przeorganizowane. Do każdej należy dodać specjalny pas dla facetów. Nie będą tam obowiązywały żadne zasady, gaz do dechy, wymijanki z prawa i lewa, a jak trzeba to będzie można się zatrzymać i mordę obić jakiemuś mniej asertywnemu, albo chociaż wyzwiskami gościa zasypać.
Poranna jazda z moim ślubnym, to koszmar. Facet zły, że wstawać do pracy musiał, reaguje nerwowo dosłownie na każdą nawet najmniejszą przeszkodę na drodze. Wrzaski, które się odbywają dochodzą tylko do mnie, bo siedzę obok, ale po nerwowych ruchach innych pojazdów domyślam się, że tak samo cierpią pasażerki tychże.