wtorek, 30 czerwca 2009

...

Najpierw wszyscy oczekują poprawy, a później się dziwią. Jak wczoraj po pracy wróciłam do domu, zaskoczył mnie widok wybebeszonego ze sprzętów pokoju mojego syna. Podłoga lśniąca, a w tle prawie uporządkowane wnętrze. Zdziwiłam się uprzejmie, a później mój małżonek i średnia też. – Wyprowadzasz się? – zapytała. I szybko oświadczyła – zajmuję Twój pokój.
Uciszyłam towarzystwo i nie omieszkałam dokuczyć młodej jak zapytała czy może zrobić większe spustoszenie w talerzu z racuszkami, a później przypomniałam sobie, że średnia latorośl miała sobie przepierkę zrobić i wywlekłam sprawę na światło dzienne.
- A zrobiłaś to co miałaś zrobić (pytanie tak skonstruowane sprawia, że dziecię robi rachunek sumienia i czasami przez pomyłkę zrobi więcej niż oczekiwałam)?
- Tylko prania nie zrobiłam – usłyszałam w odpowiedzi. – Jak to tylko prania? O ile mnie pamięć nie myli to miałaś zrobić tylko pranie. To co robiłaś?
Jak chyba łatwo się domyślić nastała w tym momencie taka niezręczna cisza, a młody umysł pracował na pełnych obrotach, żeby opracować jakąś sprytną strategię odwrotu. Niestety porażka. Matka po kilku dniach otumanienia stała się czujną i znów wymagającą istotą. Wredna matka. Zagoniłam do prania i wyszłam ogród podsumować. Pomidory skończyłam podwiązywać i skalniaka trochę opatrzyłam i cały czas się zastanawiałam czy przed tegorocznym obozem znów będą histerie, że walizka jakaś mikra jest i jak tu w taki kartonik po butach się zapakować. Nawet nie chcę myśleć o tym jak przechlapane będzie miał facet co się zdecyduje na tę partię.

Kolejny gość w moim ogrodzie

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Ała

Oj zaniedbałam się w działaniach. Wszelkich, nie tylko Tutaminkowych. Nastąpił efekt lawinowy zakończony kilkudniowym, potwornym bólem głowy.
Doznanie, którego nikomu nie życzę, ja już dawno w ogrodzie, a moja głowa nadal w domu, jak się zorientowała i dołączyła, to z przyspieszeniem 8G i tak przy każdym ruchu. Fuj.
A teraz tygodniami będę się wygrzebywała z tak starannie uzbieranej ilości zajęć niezrealizowanych. I tak w pierwszej kolejności, muszę wypchać średnie na obóz. Chciałabym żeby to takie proste było. Walizka, autokar i krótkie papa. Jedzie i się bawi i cała zadowolona. Ale nie! Milion potrzeb trzeba zrealizować, bo nagle się okazuje, że dziewczę do tej pory nagie i bose po ulicach chadzało. A już z wielką niecierpliwością czekają na mnie roślinki, które otrzymałam w prezencie, cieszą mnie bardzo, ale opcji samosadzenia nie mają. A moje myśli coraz częściej biegną ku bardzo krótkiemu, ale za to mocno oczekiwanemu urlopowi. Udało mi się w weekend spaprać glinianego aniołka i będę musiała go jakoś naprawić albo nowego ulepić.
Zatem prawdą jest, że trzeba mieć czas do tworzenia i wolną od zajęć głowę.

wtorek, 23 czerwca 2009

Z drogi! Ja - facet jadę do pracy

Drogi powinny zostać przeorganizowane. Do każdej należy dodać specjalny pas dla facetów. Nie będą tam obowiązywały żadne zasady, gaz do dechy, wymijanki z prawa i lewa, a jak trzeba to będzie można się zatrzymać i mordę obić jakiemuś mniej asertywnemu, albo chociaż wyzwiskami gościa zasypać.
Poranna jazda z moim ślubnym, to koszmar. Facet zły, że wstawać do pracy musiał, reaguje nerwowo dosłownie na każdą nawet najmniejszą przeszkodę na drodze. Wrzaski, które się odbywają dochodzą tylko do mnie, bo siedzę obok, ale po nerwowych ruchach innych pojazdów domyślam się, że tak samo cierpią pasażerki tychże.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Wakacje

Patrzę na mojego skalniaka i szlag mnie trafia, bo ze skalniaka zrobiła się jakaś szaro-zielono-jakaś nijaka kupa (w sensie, że góra taka, a nie kupa kupa). Oczywiście ten skalniak tkwi w moich myślach od wiosny, kiedy to zakwitł przepięknie i wszelkimi barwami. I choć niedostatków wiele ma zachwycał mnie od wiosny prawie do lata (nawet przyjścia lata nie zauważyłam, tak jest siajowo). Teraz jednak muszę zebrać siły, bo środki już mama i pomiędzy jednym a dziesiątym deszczem zrobić tam porządek. Porządek ma wyglądać tak, że wywlekę z niego wszystkie kamienie i wszystkie roślinki, troszkę murarki pouskuteczniam i będę pracowicie wtykała te roślinki. Kiedyś wydawało mi się, że mam jakąś jednolitą koncepcje, która roślinka gdzie, ale pewnie skończy się na byle gdzie, byleby rosły i nie miały do towarzystwa perzu, i trawy wydmowej - fajnej, ale jeszcze gorszej od perzu i kwiatków wysokich, co ich wcale tam nie sadziłam, tylko je z tego miejsca wykopywałam i widocznie jakoś mało skutecznie, bo po trzech latach się objawiły w jakiejś oszałamiającej ilości. Zawsze mogę całą winę na krety i nornice, które w dużej ilości i z szalonym zaangażowaniem ryły przez ostatnie dwa lata moją kupę kwiatowo-kamienną, ale cóź to da? Zrobić samo się nie zrobi. Muszę jeszcze tylko małe manewry zrobić zmierzające do wydelegowania z domu większości domowników, którzy chcą jeść, pić, nosić ciuchy i robią okropny bałagan, BO MAJĄ WAKACJE.
Zacznę od średniej wysyłając na obóz – niech dziewczę popląsa sobie na zajęciach tanecznych, nad naszym wspaniałym Bałtykiem (szkoda tylko, że tak krótko). Najstarsze się samo zagospodaruje, bo właściwie to procesy zarobkowe podjęło na zmianę z rozrywką stałą, więc i tak synusia prawie nie oglądam, a jedynie spustoszenia jakie czyni wokół siebie w trakcie krótkich wizyt w domu. Najtrudniejsza sprawa jest z moim najmłodszym i najstarszym egzemplarzem. Małolata zaparła się, że ona w domu czas będzie spędzała (calusie wakacje), a najstarsza (moja mama) chora ciągle, to i na wycieczki ochoty nie ma. Będę musiała jakoś przełknąć nadmiar ludzi w domu i w zaparte dążyć do wyznaczonych celów. Człowiek powinien odpoczywać jakoś po ludzku. Wyjechać gdzieś i w ciasnym i zupełnie nieswoim pokoiku spędzać czas grając w karty, lubo kasę przepuszczać na durne niczego nie wnoszące, a jednak sprawiające radość, rozrywki. Ale niee!!!
Lepiej dążyć do doskonałości i zatyrać się na całego. Bo przecież taki mam plan wakacyjny.

Jak zostać literatą i się nie wykończyć

Coraz częściej chodzi mi po głowie pomysł, coby za pisanie się wziąć. Oczywiście najwięcej tekstów powstaje jak już mam zasypiać i zupełnie nie mam ochoty i motywacji do podnoszenia się z wyrka. A dodatkowym czynnikiem utrudniającym mi podjęcie tego zadania, jest fakt, że trzeba dysponować jakąś konkretną ilością czasu. Najlepiej – żeby cały dzień był wolny i jeszcze kawałek nocy. I tak rozpoczęłam już kilka różnych literackich fantazji i chyba jak się wreszcie zdecyduję, to powstanie cykl opowiadań od romansu do sf z pominięciem dramatu oczywiście.
Na razie jedno osiągnęłam z całą pewnością – ciągle chodzę niedospana, sfrustrowana z niemania czasu i zawalona tonami pomysłów.
Zgłaszam zatem wniosek o wydłużenie doby, ze skróceniem dnia roboczego i samoobsługującymi się mamami i potomkami.
Wniosek motywuję tym, że nie mam kiedy stworzyć potwora.

piątek, 19 czerwca 2009

Jest dobrze


Pierwsze cenzurki do wglądu i pierwsze koniki polne za płoty. :D