poniedziałek, 29 czerwca 2009

Ała

Oj zaniedbałam się w działaniach. Wszelkich, nie tylko Tutaminkowych. Nastąpił efekt lawinowy zakończony kilkudniowym, potwornym bólem głowy.
Doznanie, którego nikomu nie życzę, ja już dawno w ogrodzie, a moja głowa nadal w domu, jak się zorientowała i dołączyła, to z przyspieszeniem 8G i tak przy każdym ruchu. Fuj.
A teraz tygodniami będę się wygrzebywała z tak starannie uzbieranej ilości zajęć niezrealizowanych. I tak w pierwszej kolejności, muszę wypchać średnie na obóz. Chciałabym żeby to takie proste było. Walizka, autokar i krótkie papa. Jedzie i się bawi i cała zadowolona. Ale nie! Milion potrzeb trzeba zrealizować, bo nagle się okazuje, że dziewczę do tej pory nagie i bose po ulicach chadzało. A już z wielką niecierpliwością czekają na mnie roślinki, które otrzymałam w prezencie, cieszą mnie bardzo, ale opcji samosadzenia nie mają. A moje myśli coraz częściej biegną ku bardzo krótkiemu, ale za to mocno oczekiwanemu urlopowi. Udało mi się w weekend spaprać glinianego aniołka i będę musiała go jakoś naprawić albo nowego ulepić.
Zatem prawdą jest, że trzeba mieć czas do tworzenia i wolną od zajęć głowę.

wtorek, 23 czerwca 2009

Z drogi! Ja - facet jadę do pracy

Drogi powinny zostać przeorganizowane. Do każdej należy dodać specjalny pas dla facetów. Nie będą tam obowiązywały żadne zasady, gaz do dechy, wymijanki z prawa i lewa, a jak trzeba to będzie można się zatrzymać i mordę obić jakiemuś mniej asertywnemu, albo chociaż wyzwiskami gościa zasypać.
Poranna jazda z moim ślubnym, to koszmar. Facet zły, że wstawać do pracy musiał, reaguje nerwowo dosłownie na każdą nawet najmniejszą przeszkodę na drodze. Wrzaski, które się odbywają dochodzą tylko do mnie, bo siedzę obok, ale po nerwowych ruchach innych pojazdów domyślam się, że tak samo cierpią pasażerki tychże.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Wakacje

Patrzę na mojego skalniaka i szlag mnie trafia, bo ze skalniaka zrobiła się jakaś szaro-zielono-jakaś nijaka kupa (w sensie, że góra taka, a nie kupa kupa). Oczywiście ten skalniak tkwi w moich myślach od wiosny, kiedy to zakwitł przepięknie i wszelkimi barwami. I choć niedostatków wiele ma zachwycał mnie od wiosny prawie do lata (nawet przyjścia lata nie zauważyłam, tak jest siajowo). Teraz jednak muszę zebrać siły, bo środki już mama i pomiędzy jednym a dziesiątym deszczem zrobić tam porządek. Porządek ma wyglądać tak, że wywlekę z niego wszystkie kamienie i wszystkie roślinki, troszkę murarki pouskuteczniam i będę pracowicie wtykała te roślinki. Kiedyś wydawało mi się, że mam jakąś jednolitą koncepcje, która roślinka gdzie, ale pewnie skończy się na byle gdzie, byleby rosły i nie miały do towarzystwa perzu, i trawy wydmowej - fajnej, ale jeszcze gorszej od perzu i kwiatków wysokich, co ich wcale tam nie sadziłam, tylko je z tego miejsca wykopywałam i widocznie jakoś mało skutecznie, bo po trzech latach się objawiły w jakiejś oszałamiającej ilości. Zawsze mogę całą winę na krety i nornice, które w dużej ilości i z szalonym zaangażowaniem ryły przez ostatnie dwa lata moją kupę kwiatowo-kamienną, ale cóź to da? Zrobić samo się nie zrobi. Muszę jeszcze tylko małe manewry zrobić zmierzające do wydelegowania z domu większości domowników, którzy chcą jeść, pić, nosić ciuchy i robią okropny bałagan, BO MAJĄ WAKACJE.
Zacznę od średniej wysyłając na obóz – niech dziewczę popląsa sobie na zajęciach tanecznych, nad naszym wspaniałym Bałtykiem (szkoda tylko, że tak krótko). Najstarsze się samo zagospodaruje, bo właściwie to procesy zarobkowe podjęło na zmianę z rozrywką stałą, więc i tak synusia prawie nie oglądam, a jedynie spustoszenia jakie czyni wokół siebie w trakcie krótkich wizyt w domu. Najtrudniejsza sprawa jest z moim najmłodszym i najstarszym egzemplarzem. Małolata zaparła się, że ona w domu czas będzie spędzała (calusie wakacje), a najstarsza (moja mama) chora ciągle, to i na wycieczki ochoty nie ma. Będę musiała jakoś przełknąć nadmiar ludzi w domu i w zaparte dążyć do wyznaczonych celów. Człowiek powinien odpoczywać jakoś po ludzku. Wyjechać gdzieś i w ciasnym i zupełnie nieswoim pokoiku spędzać czas grając w karty, lubo kasę przepuszczać na durne niczego nie wnoszące, a jednak sprawiające radość, rozrywki. Ale niee!!!
Lepiej dążyć do doskonałości i zatyrać się na całego. Bo przecież taki mam plan wakacyjny.

Jak zostać literatą i się nie wykończyć

Coraz częściej chodzi mi po głowie pomysł, coby za pisanie się wziąć. Oczywiście najwięcej tekstów powstaje jak już mam zasypiać i zupełnie nie mam ochoty i motywacji do podnoszenia się z wyrka. A dodatkowym czynnikiem utrudniającym mi podjęcie tego zadania, jest fakt, że trzeba dysponować jakąś konkretną ilością czasu. Najlepiej – żeby cały dzień był wolny i jeszcze kawałek nocy. I tak rozpoczęłam już kilka różnych literackich fantazji i chyba jak się wreszcie zdecyduję, to powstanie cykl opowiadań od romansu do sf z pominięciem dramatu oczywiście.
Na razie jedno osiągnęłam z całą pewnością – ciągle chodzę niedospana, sfrustrowana z niemania czasu i zawalona tonami pomysłów.
Zgłaszam zatem wniosek o wydłużenie doby, ze skróceniem dnia roboczego i samoobsługującymi się mamami i potomkami.
Wniosek motywuję tym, że nie mam kiedy stworzyć potwora.

piątek, 19 czerwca 2009

Jest dobrze


Pierwsze cenzurki do wglądu i pierwsze koniki polne za płoty. :D

środa, 17 czerwca 2009

Dębowy - nie mylić z dębowe


Absurdy

- Co jest? – zapytał pierworodny.
- Z czym? zainteresowałam się.
- No wcale nic nie piszesz na tutaminkach. – Jak to nic? – zaraz się zagotowałam w sobie
- No dwa dni przerwy. Nic nie pisałaś.
- Przecież wczoraj pisałam? Zdziwiłam się niepomiernie. – No tak – ciągnie młody - wczoraj pisałaś, ale dzisiaj nie i pewnie jutro też nie będziesz, to już są dwa dni. Zadziwił mnie tą pokrętną drogą rozumowania i właściwie wytrącił wszystkie argumenty. A do tego rok szkolny się skończył i nie można użyć najlepszej broni świata (A do szkoły się przygotowałeś). Zaraz by się odechciało dyskusji zadziwiających.
W nastroju raczej nie byłam, bo się dzionek nie bardzo chciał układać po mojej myśli, wyniosłam się do kuchni, w której znów napotkałam przeszkodę nielogiczną. Moja mama miała dylemat w jakim wieku dzieci do komunii chadzają i tak ciężko liczyła, że wyszło jej, że każdy smark powinien pierwszą klasę powtarzać, żeby nastąpiła wielka kumulacja. Poddałam się. Wybrałam się po naszą rodzinną tancerkę, bo zakończenie roku miała i późno raczej było. Szybko mi nawet poszło, tylko jak chciałam wjechać przez bramę i stanęłam w poprzek drogi coby wycofać, autek najnormalniej w świecie zgasł sobie. I wcale nie to było najgorsze, tylko, to że zgasł i wcale zapalić nie miał zamiaru. Przez chwilę rozważałam możliwość pozostawienia spraw w tym miejscu, w którym się zatrzymały, ale po chwili namysłu doszłam do wniosku, że tarasowanie głównej drogi na wsi nie jest dobrym rozwiązaniem. Ale widzę, że zainteresowanie jedynych ludzi na ulicy wzbudziłam. W moją stronę podążał już sąsiad. Kuśtyk, kuśtyk – kuśtykał do mnie. Chyba minę miałam nie taką jak trzeba, bo mówi, że on trochę jakby kulawy dzisiaj, ale wepchniemy autko na podwórko i będzie po kłopocie. Spojrzałam na faceta na auto i doszłam do wniosku, że łatwo nie będzie. Ale przecież się kłócić nie będę skoro chce pomóc. Wsiadłam jak kazał i patrzę jak żyły gościowi wychodzą na szyi jak liny okrętowe i ...
Cholera – chyba będzie prościej jak ręczny spuszczę? Człowiek okazał się bardzo pomocny i bardzo wytrzymały, pomimo swojego kuśtykania. Sprawił, że dzionek nabrał cech pozytywnych. Ale tylko przez chwilę, bo w domu znów trafiłam na ścianę absurdów.