środa, 10 czerwca 2009

Oto mucha-niedobrucha


Wpajanie dzieciom podstawowych zasad współżycia społecznego to koszmarnie ciężka robota. Nie dosyć, że człowiek zanim jeszcze dobrze zacznie wdrażać proces wychowawczy, to już jest wkurzony, to jeszcze od pierwszych chwil dialo-monologu napotyka na niczym nie uzasadnione trudności.
Może i nie byłby taki zły gdyby nie przechodził tej drogi dosłownie codziennie. Dzieci już od ładnych kilku, żeby nie powiedzieć, że niektóre kilkunastu lat, pobierają nauki w szkołach, codzienny proces przygotowawczy wygląda tak samo. O odrabianie lekcji to ja już nawet nie pytam, bo moje dzieciaki, to taakie szczęście miały, że w ich szkołach nigdy nic nie zadają, nie zadawali i zadawać nie będą. Więc pytanie traci na sensowności. Zadaję więc inne pytanie, wiedząc, że czynność, którego to pytanie dotyczy nastręcza dzie (o sorki młodzieży) najwięcej problemów objawiających się tuż przed opuszczeniem domu.
- Jesteś spakowana (ny)? – I co słyszę?
- Nie do końca.
Pojawia się wtedy błysk szaleństwa w moim oku. Bo co to znaczy nie do końca? Że trochę niby spakowane? Coś się nie zmieściło? A może czegoś brakuje?
Drugi punkt zapalny, to porządek w pokoju. Ja rozumiem, że można nie mieć czasu, że jakaś sytuacja wyjątkowa, że najnormalniej w świecie się nie chce. Tydzień czy nawet dwa, ale to już notorią trąca. Nigdy nie składające się łóżka, ciuchy „przechowywane” w stanie luźnym pomieszanym (czyste i brudne razem), resztki jedzenia i całe tony opakowań po tym co już zjedzone. Zeszyty w artystycznym nieładzie na każdym dostępnym poziomie pokoju, miesięczne złogi kurzu i materiały biurowe zużyte częściowo lub całkiem porzucone byle jak i byle gdzie. I cały ten bałagan wypływający niekontrolowanymi falami z pomieszczeń moich dzieci. Wszystkie oczywiście uważają, że zamknięcie drzwi wpłynie pozytywnie na stan istniejący i stanie się chyba cud i bajzel sam zniknie. A tutaj proszę całe miesiące zmarnowane na nieudany eksperyment „porządku, zrób się sam”. A zbliżają się wakacje. Czas zupełnie nie przeznaczony na ciężką pracę i uporządkowane życie. Całe szczęście ogłosili zbiórkę odpadów wielkogabarytowych.
CZYŚCICIEL POWRACA

wtorek, 9 czerwca 2009

Droga tworzenia


Kiedy kibol frustrat ma ochotę się wyżyć, to sięga po kamień z drogi i ciska nim w innych. Jak ja popadam we frustracje, to sięgam po narzędzia ogrodnicze, po przybory kuchenne, po robótkę – jednym słowem – wzbudzam w sobie jakiś proces twórczy. Jakoś mój umysł nie chce funkcjonować na zasadzie „spalić, zgnieść”. Znam jeszcze co najmniej jedną taką osobę – uzależnioną od tworzenia.
Jednak starego zamczyska nie mamy, bo mogłybyśmy założyć sobie coś a'la klasztor uzależnionych od zieleniny i robiactwa. Zamykając się przed problemami całego świata, tworzyć unikalny ogród i robić eksperymenty ogrodnicze, ważyć nalewki i inne paskudztwa, a na zajęciach terapeutycznych w długie zimowe wieczory tworzyć przedmioty użytku niecodziennego.
A to zaczątki mojego zębca czekające na odpowiedni nastrój i dalsze działania twórcze.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Grzybobranie







Coniedzielny spacer zaczął się jak zwykle, czyli najpierw wszyscy zbierali się długo długo, Skład się ustalał przez kilkanaście minut. Pies wyskakiwał ze skóry, że strasznie już by chciał iść. I wreszcie zespole trzy sztuki dorosłe i jedna nieletnia wyszliśmy. Las jak zwykle stanowił cel naszej wyprawy. Wlekliśmy się strasznie, pies przodem (bo energii miał najwięcej), a stawkę zamykała babcia, która porwała się na wyprawę tylko chyba nie przewidziała, że to kawałek jednak jest. Stanęliśmy oczywiście przed dylematem iść na łąki i pola czy może do lasu, lasu. Jak zapodałam, że właściwie to ja maleńkie wiadereczko zabrałam, bo mocno liczę na obecność jakiejś wiosennej kurki, klamka zapadła. Las i to koniecznie taki z borowikami. Pies szalał, dziecko marudziło, bo właściwie zostało przymuszone, małżonek cierpiał na ból głowy, a babcia robiła dobrą minę do złej gry i starała się po drodze nie rozlecieć. Runda honorowa została odpracowana i wszystko już zmierzało w kierunku domu, gdy na dębie wypatrzyłam dorodnego pomarańczowego „boczniaka” przecudnej urody. Tak mnie zachwycił, że zaczęłam marudzić, że zdjęcie chciałabym takiego, ale aparatu nie wzięłam, a w telefonie karty brak i zdjęć robić nie mogę. Zlitował się mój małżonek, a babcia na ścieżce omdlewała, aż do momentu, w którym dojrzała borowika. Dorodny był i taki borowikowo-borowikowy. Larum zaraz i ochy i achy, ale patrzę pod nogi, a tutaj taki mniej może okazały, ale takoż śliczny. Na to przyleciała najmniejsza (już energia jej wróciła) i namierzyła trzeciego takiego już maluszka maluszka. Radość zapanowała w babskim gronie, a mój ślubny wyleciał z krzorów, w które osobiście jego zapędziłam, okolicę omiótł wzrokiem błędnym i wkurzony powiedział, że specjalnie tak zrobiłam, że tutaj niby takie śliczne odpadki na drzewie, a sama poleciałam te wspaniałe okazy zbierać.
I chociaż wiem, że serio tego nie mówił, to troszkę przykro jemu było, że na pierwsze poważne grzyby w tym sezonie się nie załapał. A na znak protestu pozostałą część niedzieli przespał.
A ja robiłam inne poszukiwania :D

czwartek, 4 czerwca 2009

Pomyłki

Czekałam wczoraj na odwiedziny w pracy. Otrzymałam już nawet telefon, że już za chwileczkę już za momencik facet mojej przyjaciółki przyjedzie odebrać sadzonki pomidorów. Wyglądam więc na parking przed firmą i widzę, że podjeżdża autko, ja ślepa komenda patrzę i widzę, no przecież ona jak malowana. A mnie się zdawało, że była mowa, że ona w pracy, a on sam podjedzie. Ale ona sięga po telefon i dzwoni, w mojej kieszeni też dzwoni, ale nawet nie zaglądam, bo pewnie strzałeczkę mi puszcza. Ucieszyłam się, bo doszłam do jedynego wniosku, że miała chwilkę to podjechali razem. Wylatuję jak nienormalna na ten parking, lecę na złamanie karku do upatrzonego z góry auta i widzę jak siedzi i kłaczyskami się bawi. Walę w okienko, ona się gwałtownie odwraca i.. I widzę ciężkie przerażenie w oczach zupełnie obcej mi osoby, która z dozą wielkiej nieśmiałości uchyla okienko i zapytuje o co chodzi. Równie ciężko zaskoczona jak ona szybko wykrzykuję, że się pomyliłam. Odwracam się i widzę jak oczekiwany gość dosłownie skręca się ze śmiechu na parkingu machając mi leniwie łapką.
Przy tej okazji przypomniała mi się historia koleżanki z pracy. Wyszła zmęczona z roboty. Patrzy auto (pewnie małżonek już czeka). Wsiadła i pustym wzrokiem patrzy przed siebie oczekując na jakiś ruch (tzn. na rozpoczęcie drogi powrotnej). A tutaj nic. Spogląda na miejsce kierowcy, a tam kompletnie obcy facet oniemiały ze zdziwienia, dusi się, próbując coś z siebie wydusić. Nie czekając zbyt długo kobita wyskoczyła jak oparzona z samochodu prosto na prawowitą posiadaczkę onego męża i samochodu. A jej (osobisty mąż i samochód) stali w zupełnie innym miejscu.
Do tej pory papa mi się śmieje jak o takich przypadkach pomyślę.

środa, 3 czerwca 2009

Dzieci to potwory

Chata pełna ludzi, a moje najmłodsze wyskakuje w samych rajstopkach i krzyczy
- mamusiu, mogę ubrać juchającą spódniczkę?! Nastała taka niezręczna cisza. Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku skąd dochodził ten przeraźliwy wrzask, później na mnie, a później znów na małe małe (wtedy faktycznie jeszcze było małe). _ odzyskałam zdolność logicznego myślenia i spokojnie dopytuję. – A która spódniczka jest juchająca?
- Noo wiesz mamusiu! To ta, co jak się okręcę to robi tak – juuchuuuuuuuuuu. :D

Średnia za to popisała się w sklepie. Kolejka po świeże pieczywo taka, że na trzy dni by wystarczyło. Słabe schorowane staruszki i zniesmaczeni weterani wojenni, no i ja ze małą cureczką w oczekiwaniu na... Dziecko przykleiło się do szybki, za która jakaś złośliwa istota umieściła same najpyszniejsze rzeczy i nagle oświecone jakąś złotą myślą drze się na cały sklep. – Mamusiu, mamusiu!!! Kupisz mi bułeczkę?! Ja jeszcze nigdy nie jadłam! – dodaje ze smutną miną. Wszyscy uczestnicy tej sceny wyciągnęli szyje, żeby zobaczyć wyrodną matkę, która nigdy jeszcze dziecku bułki nie dała, no i to zabiedzone dziecko (kręgosłup po dźwiganiu tej kruszynki mam chory do dziś). A niektórzy zaczęli sięgać do portfelików i wygrzebywać drobniaki, żeby dziecko wesprzeć. :D


Jedzie mój całkiem jeszcze niedorosły syneczek z babunią autobusem komunikacji miejskiej. Zajęli miejsce dla matki z dzieckiem tuż przy kierowcy. Bus stary jak świat, więc kierowcę od pasażerów oddziela tylko napis „Nie rozmawiać z kierowcą”. Nieco już znudzony podróżą wnusio zadaje babci pytanie - Widzisz babciu tego łysego pana?
- Którego? - Naiwnie dopytuje babcia
- No tego łysego i brzydkiego – znacznie już podniesionym głosikiem oświadcza małolat
- Nie widzę – odpowiada babcia w nadziei, że smarkacz sobie odpuści, a zdegustowani pasażerowie przestaną się gapić.
- Nie widzisz, tego łysego, brzydkiego i starego?! – Dziwi się dziecko
- No dobrze, widzę – zmienia taktykę babcia – No i?
- No i on, w ogóle nie potrafi prowadzić tego autobusu – wydarł się upierdliwy smarkacz.
Babcia narażona już i tak na złe spojrzenia, otrzymała jeszcze fuknięcie od wkurzonego kierowcy i czem prędzej opuściła autobus. :D

wtorek, 2 czerwca 2009

Zmagania z technicznymi nowinkami

Mój pęd do wszelkiego rodzaju nowości technicznych był zawsze ogromy, dzięki czemu w nowej tak mocno zinformatyzowanej rzeczywistości udało mi się bez problemu odnaleźć swoje miejsce. Jednak wiele było takich przypadków, gdzie nowa rzeczywistość przerosła użytkowników starych sprawdzonych technologii. Pewnego razu odebrałam telefon od kobiety, która poszukiwała mojego brata. Była bardzo zdenerwowana, więc zaproponowałam, że może jakoś jej pomogę. Długie i zawiłe tłumaczenie, doprowadziło mnie do jedynego, słusznego zresztą, wniosku. Cały dzień pracy tej kobiety w postaci pliku tekstowego, został wysłany w przestrzeń międzyplanetarną, a ona bardzo chciałaby odzyskać ten dzień życia. Zaczęłam więc zadawać pytania podstawowe:
- Czy pracuje w aplikacji DOS-owej czy Windows-owej? (takie czasy wtedy były). Cisza. Już myślałam, że kobieta się rozłączyła, ale nie. Zaczęła chrząkać i wreszcie wydusiła – nie wiem.
Przeszłyśmy na pismo obrazkowe. – Na monitorze niebieska tabelka czy kolorowe malutkie obrazeczki? – Tabelka – wyraźnie ucieszyła się moja rozmówczyni.
Dobrze – Pamięta Pani gdzie zapisała sobie ten plik?
– Nie – znów niepewność w głosie. Oho, będą kłopoty - pomyślałam
- A nazwę Pani pamięta?
- Nie – Pani już wyraźnie rozluźniona, bo ona pewnie była święcie przekonana, że zmierza w dobrym kierunku.
- A zapisywała go Pani?
- No chyba tak – i znów konsternacja. Po dziesięciu minutach udało mi się ustalić edytor w jakim rzecz została stworzona, poznałam treść i objętość tego cuda. A na koniec dowiedziałam się również, że Pani na pytanie tego upierdliwego programu czy zapisać, najnormalniej w świecie wcisnęła N.
I pozamiatane

O ile ta sytuacja była jeszcze – powiedzmy sobie – do przyjęcia. To telefon alarmowy od mojej mamy siedzącej na dyżurze w pracy – już nie. Komunikat brzmiał następująco.
- Włożyłam dyskietkę i teraz nie mogę jej wyciągnąć.
- Trzeba nacisnąć guziczek to sama wyskoczy odpowiedziałam.
– Kiedy, ale nie wyskakuje – panikowała moja mama. – może odwrotnie ją włożyłam? Zabrakło mi jakoś wyobraźni przestrzennej do odwrotnego wkładania dyskietki do napędu.
- Jak to odwrotnie? – Opisałam dokładnie przedmiot naszych rozważań i ustaliłam z całą pewnością, że o żadnym odwrotnie mowy być nie może. Więc dlaczego nie chce wyłazić?
Mama w coraz większym stresie, a ja w coraz większym rozgorączkowaniu podróżnika odkrywcy, staram się przez telefon ustalić przyczynę takiego stanu rzeczy. Skoro nośnik włożony w dobrą stronę, to w grę wchodzi tylko jedno rozwiązanie. Inny otwór został zatkany tą cholerną dyskietką. 3 i pół cala plastiku, nie da się wtyknąć byle gdzie. Ilość opcji ograniczona. Po krótkich rozważaniach został mi tylko podstawek pod kawę czyli napęd CD. Zapakowałam do torebki więcej narzędzi i pojechałam z odsieczą. Wydłubałam z napędu tę cholerną dyskietkę i to nawet w jednym kawałku i użerając się z oporną materią cieszyłam się, że moja mama nie zapakowała tam serwisu śniadaniowego na sześć osób.