czwartek, 14 maja 2009
To już zaszło za daleko
W domu zapanował chaos. Nie znoszę chaosu, nie znoszę niekonsekwencji, nie znoszę marudzenia. Stanę na czele organizacji antyterrorystycznej i zaprowadzę w rodzinie porządek. Szeryf znów jest w mieście!
W ferworze walki i natłoku zajęć, których się namnożyło wraz z pojawieniem się wiosny, pojawiły się również kłopoty organizacyjne. Słowo CHCĘ dosłownie rozpleniło się jak jakaś zaraza. Zatem jeśli nie będzie porządku nie będzie chciejstwa. Chociaż na papugę absolutnie się nie zgodzę. Była już papuga w naszym życiu nawet cztery. Jak synuś był mały postanowiliśmy kupić jemu jakiegoś zwierzaczka. Papuga wydawać by się mogło rozwiązanie idealne. Jedna falista i już. Fajna była i nawet sprytna, ale się nudziła i szybko dostała towarzystwo. Towarzystwo z tych bardziej pomysłowych było i szybko obie papugi nauczyły się wychodzić samodzielnie z klatki podczas naszej nieobecności w domu. Kończyło się to poszukiwaniami i odsuwaniem mebli, bo durne ptaki często za nie wpadały. Jednak pewnego razu nie zamknęliśmy okna i jedna się wyprowadziła na dobre. A druga zdechła jak została przekazana pod opiekę babci w czasie naszych wakacyjnych wojaży. Przerażona babcia czem prędzej poleciała do zoologicznego i znów nabyła dwie papugi, żeby wnusiowi smutno nie było. Jedna jakiegoś marnego zdrowia była i szybko nas opuściła, za to druga dręczyła nas jeszcze wiele lat (miała strasznie awanturniczy charakter).
Dwa chomiki (miał być jeden, ale koleżanka miała ich dużo to mi dała dwa) Tuptuś i Stepuś - nie chciały mieszkać razem i dwie dosyć duże klatki pozbawiły nas sporej ilości i tak już ograniczonej przestrzeni życiowej. Jak na chomiki żyły wyjątkowo długo bo trzy i pół oraz cztery lata.
Potem był Hopek – świnek morski. Sympatyczne stworzenie o rozczochranej fryzurce i długaśnej sierści. Już od pierwszych dni okazał się być skarbonką bez dna. W pewnym momencie spędzałam z nim więcej czasu u weta niż z dziećmi w domu. Jak się okazało Hopek został przywleczony ze sklepu z pasożytami, jak się pozbyłam pasożytów, świnek zwichnął sobie żuchwę wieszając się na prętach klatki. Karmiłam gościa strzykawką napełnioną gerberkami (chyba na głowę upadłam). Hopek szczenę wyleczył, ale zapadł na jakąś chorobę typu rakowego i zdechł.
Jeff 1 – czarny kocur, pierwszy zwierzak na nowych śmieciach. Jeszcze my nie mieszkaliśmy, a on już pilnował przebiegu robót remontowych. Piękny był, lekko indywidualny, ale piękny. Trafiony przez jakiegoś nieużytego kierowcę bezmózga tuż przed naszym domem.
Mała – wbrew imieniu – spory kawał psa. Demolantka ogrodu, wieczna uciekinierka, kopacz doskonały (wczoraj rozkopała cementową posadzkę w kojcu i strasznie ją to cieszyło). Nadal żyje.
Jeff 2 szaro-bury koteczek przytulaśny – ulubieniec mojej starszej córki i psa. Kanapowiec nad kanapowcami i leniwiec pospolity. Niestety czasami też wędrowiec. Wędrówki skończyły się również na jezdni.
Fobia – kotka brzydaśna okropnie, o wstrętnym i nieprzystępnym charakterku, chadzająca tylko i wyłącznie swoimi ścieżkami. Niestety zupełnie nieprzyjazna człowiekowi i straszna awanturnica. Ciągle chodzi pogryziona i podrapana. Nawet opatrzyć nie ma jak, bo trzeba by się w zbroję ubierać.
No i Kłopot – kociaczek śliczny, ale strasznie kłopotliwy. Krótko u nas pomieszkał, bo pierwsze wycieczki na podwórko skończyły się zaginięciem Kłopota.
Każdy przypadek zwierza zamieszkującego z nami i kończący się zejściem lub odejściem, był opłakiwany zbiorowo, a później jeszcze długo indywidualnie. Nie będzie więc żadnych więcej stworzeń w naszym domu i już. Nie pomagają logiczne argumenty, zostanie wprowadzony stan wyjątkowy.
W ferworze walki i natłoku zajęć, których się namnożyło wraz z pojawieniem się wiosny, pojawiły się również kłopoty organizacyjne. Słowo CHCĘ dosłownie rozpleniło się jak jakaś zaraza. Zatem jeśli nie będzie porządku nie będzie chciejstwa. Chociaż na papugę absolutnie się nie zgodzę. Była już papuga w naszym życiu nawet cztery. Jak synuś był mały postanowiliśmy kupić jemu jakiegoś zwierzaczka. Papuga wydawać by się mogło rozwiązanie idealne. Jedna falista i już. Fajna była i nawet sprytna, ale się nudziła i szybko dostała towarzystwo. Towarzystwo z tych bardziej pomysłowych było i szybko obie papugi nauczyły się wychodzić samodzielnie z klatki podczas naszej nieobecności w domu. Kończyło się to poszukiwaniami i odsuwaniem mebli, bo durne ptaki często za nie wpadały. Jednak pewnego razu nie zamknęliśmy okna i jedna się wyprowadziła na dobre. A druga zdechła jak została przekazana pod opiekę babci w czasie naszych wakacyjnych wojaży. Przerażona babcia czem prędzej poleciała do zoologicznego i znów nabyła dwie papugi, żeby wnusiowi smutno nie było. Jedna jakiegoś marnego zdrowia była i szybko nas opuściła, za to druga dręczyła nas jeszcze wiele lat (miała strasznie awanturniczy charakter).
Dwa chomiki (miał być jeden, ale koleżanka miała ich dużo to mi dała dwa) Tuptuś i Stepuś - nie chciały mieszkać razem i dwie dosyć duże klatki pozbawiły nas sporej ilości i tak już ograniczonej przestrzeni życiowej. Jak na chomiki żyły wyjątkowo długo bo trzy i pół oraz cztery lata.
Potem był Hopek – świnek morski. Sympatyczne stworzenie o rozczochranej fryzurce i długaśnej sierści. Już od pierwszych dni okazał się być skarbonką bez dna. W pewnym momencie spędzałam z nim więcej czasu u weta niż z dziećmi w domu. Jak się okazało Hopek został przywleczony ze sklepu z pasożytami, jak się pozbyłam pasożytów, świnek zwichnął sobie żuchwę wieszając się na prętach klatki. Karmiłam gościa strzykawką napełnioną gerberkami (chyba na głowę upadłam). Hopek szczenę wyleczył, ale zapadł na jakąś chorobę typu rakowego i zdechł.
Jeff 1 – czarny kocur, pierwszy zwierzak na nowych śmieciach. Jeszcze my nie mieszkaliśmy, a on już pilnował przebiegu robót remontowych. Piękny był, lekko indywidualny, ale piękny. Trafiony przez jakiegoś nieużytego kierowcę bezmózga tuż przed naszym domem.
Mała – wbrew imieniu – spory kawał psa. Demolantka ogrodu, wieczna uciekinierka, kopacz doskonały (wczoraj rozkopała cementową posadzkę w kojcu i strasznie ją to cieszyło). Nadal żyje.
Jeff 2 szaro-bury koteczek przytulaśny – ulubieniec mojej starszej córki i psa. Kanapowiec nad kanapowcami i leniwiec pospolity. Niestety czasami też wędrowiec. Wędrówki skończyły się również na jezdni.
Fobia – kotka brzydaśna okropnie, o wstrętnym i nieprzystępnym charakterku, chadzająca tylko i wyłącznie swoimi ścieżkami. Niestety zupełnie nieprzyjazna człowiekowi i straszna awanturnica. Ciągle chodzi pogryziona i podrapana. Nawet opatrzyć nie ma jak, bo trzeba by się w zbroję ubierać.
No i Kłopot – kociaczek śliczny, ale strasznie kłopotliwy. Krótko u nas pomieszkał, bo pierwsze wycieczki na podwórko skończyły się zaginięciem Kłopota.
Każdy przypadek zwierza zamieszkującego z nami i kończący się zejściem lub odejściem, był opłakiwany zbiorowo, a później jeszcze długo indywidualnie. Nie będzie więc żadnych więcej stworzeń w naszym domu i już. Nie pomagają logiczne argumenty, zostanie wprowadzony stan wyjątkowy.
środa, 13 maja 2009
Hej szable w dłoń
wtorek, 12 maja 2009
Życie to świnia
Wczoraj miałam wizytę u lekarza, a że babski lekarz wymaga babskiego ubranka, wbiłam się w spódnicę prostą, a nóżki oblekłam w pończoszki samonośne. Oczywiście jak to w naszej służbie zdrowia, oczekałam się w kolejce zasypywana gradem pytań przez moją najmłodszą, którą nieopatrznie zabrałam ze sobą. Dziecię koniecznie chciało się dowiedzieć w jakim celu lata się do ginekologa. Mój lekarz podał na to prostą odpowiedź. Do ginekologa chodzi się w celach nasennych. Znaczy, żeby świadomość prawidłowych badań, pozwalała na zdrowy i spokojny sen. Zatem zaopatrzona w środek nasenny wyleciałam z gabinetu, mocno już spóźniona do innych zajęć. Przez deptak, zahaczając o sklep ze słodyczami do auta. I niby wszystko byłoby ok, ale... Robiąc zakupy poczułam nagle, że niesforna pończoszka zaczyna dążyć w tempie zupełnie niepożądanym, ku ziemi. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że chyba mi się coś jakby przewidziało, ale nie. Każdy krok przybliżał mnie do sytuacji w jakiej chyba nikt by się znaleźć nie chciał. Dopadam zatem auta, mój małżonek po prostu ze śmiechu się pokłada, ja wściekła staram się stoczyć walkę z upierdliwą częścią ubioru. Zła i sfrustrowana mam w perspektywie jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia i te cholerne pończochy, które podciągnęłam pod szyję i całkiem już zniechęcona konsekwentnie realizowałam mój plan. Wysiadłam z auta i ostrożnie postawiłam kilka kroków w oczekiwaniu na efekty. I nic. Przyodziewek na swoim miejscu. Jeszcze kilka kroków i nadal nic. Pewniej zatem i nieco spieszniej podążyłam przed siebie i jak znalazłam się w słusznej odległości od mojej opoki (auta) one znów zaczęły. Najpierw odrobinkę, parę milimetrów. Ogłaszam odwrót, a one wtedy atakują pełną parą, raz jedna raz druga: 5, 10 i 15 milimetrów i tak milimetr po milimetrze w dół. Ja dwa kroki, one kolejne milimetry. Spódniczka niezbyt długa, taka kolankowa, a one coraz śmielej w dół. Jak dopadłam samochodu, jedna z nich bezczelnie wyglądała koronką poza odzienie wierzchnie. Wpadłam do środka autka i ze złością zerwałam te straszne rzeczy z moich nóg. Małżonek znów zaczął przejawiać żywiołową radość i dopytywać się czemu jadem pluję. A ja nie życzę nikomu takiej sytuacji, bo to tak jakby poczuć, że się ma wielką dziurę w spodniach w miejscach ogólnie uznawanych za wstydliwe. I chociaż z taką złośliwością materii nieożywionej spotkałam się po raz pierwszy, to chyba dużo wody upłynie zanim znów podejmę to wyzwanie. A dzisiaj wydaje mi się to o wiele bardziej zabawne niż wczoraj. Ciekawe dlaczego?
poniedziałek, 11 maja 2009
Toksyczna
Jakiś taki ciasny się zrobił ten miesiąc, że aż strach. Nie mam czasu odetchnąć i nie wiem czy to z tego czy innego powodu zrobiłam się strasznie toksyczna. Aż się dziwię, że jeszcze w naszym domu nie pojawiła się ekipa w kosmicznych skafandrach wydzielająca teren skażony. Najpierw „zwalałam” wszystko na pełnię. Faktem jest, że już z dwa tygodnie chodzę niewyspana, bo księżyc prosto w paszczę mi świeci, a nocne marki nie dają mi załapać się na odpowiednią ilość snu. A do tego wszystkiego doszła presja szybko umykającego czasu i mnogości zajęć zaplanowanych, ale kiepsko się realizujących. Na podwórku zamieszkało całe stado roślin czekających na posadzenie, a wszyscy członkowie rodziny, bez względu na wiek, przyłażą z coraz to „fajniejszymi” pomysłami. Faktem jest tylko to, że lepiej się do mnie nie odzywać, nie dopytywać się kiedy, a już szczególnie nie wysuwać żadnych postulatów czy żądań. Pełna wyżywka nastąpi pewnie wraz z końcem tego tygodnia. Jak wyprodukuję kawał tortu na urodziny mojej księżniczki, a jeśli to nie pomoże to nie wiem – chyba przyjdzie rodzinie wysiedlić chwilowo siebie albo mnie.
czwartek, 7 maja 2009
Patologia
Nie róbcie patologii – mówi mój syn jak się kłócimy, albo jak wściekła rozstawiam wszystkich po kątach. Znaczy się, ja się domyślam, że to właśnie powiedział, bo już całe lata zamiast mówić jak człowiek, to mamroli coś pod nosem i nie wiem wtedy czy lać od razu czy dopytać się o co chodziło, bo może to coś zupełnie niewinnego jest. Np. jutro wrócę później.
Mamrolenie i tak lepsze od tego co było jeszcze jakiś czas temu, bo właściwie sprowadzało się do monosylab (z gatunku tych co to przez nie mamuty wyginęły).
Więc staram się nie robić patologii, ale czasami mnie ponosi i wtedy niech każdy co ma coś na sumieniu, albo chociaż zamierza mieć coś na sumieniu , niech się boi. W pięcioosobowej rodzinie w każdej godzinie zdarza się, że ktoś ma jakieś potrzeby i tylko doskonałe zorganizowanie może sprawić, że wszystko zadziała na czas, no i pełne zadowolenie. Niestety, wydaję mi się czasami, że tylko ja zdaję sobie z tego sprawę. Więc jak grafik napięty, to wrzeszczę na wszystkich i rozstawiam po kątach. Chociaż przemocy w rodzinie zdecydowane nie – to jednak porządek jakiś musi być i zasady muszą obowiązywać. I nikt nie będzie mi mamrolił pod nosem. Najgorsze jest to, że do niedawna burczał tylko mój syn, a teraz okazuje się, że to jakieś zaraźliwe jest i chyba gorsze od świńskiej grypy, bo mamroli już jedna córka, a i u drugiej zaobserwowałam dziwne tendencję głosowe.
Chociaż ta ostatnia jako egzemplarz całkiem mały wydawała z siebie tak wysokie dźwięki, że szklanki pękały i szyby w oknach dostawały niebezpiecznych naprężeń. Lata pracy (mojej pracy nad nią) sprawiły, że zaczęła nadawać w paśmie słyszalnym dla normalnego człowieka. A jak pojawiła się choroba mamrolowa i ona przestała wydawać z siebie normalne dźwięki. Czasami mam wrażenie, że oni chcą coś ukryć, ale ja z tych strasznym matek jestem i nie daję się zamruczeć.
I o ile wiem czemu może służyć to u dzieci, to u mojego ślubnego i u matki mojej rodzonej, to chyba złośliwość jakaś jest. I gdyby nie fakt, że na badaniach okresowych stwierdzono, że głucha nie jestem, to mogłabym przysiąc, że tracę słuch i słyszę tylko jakieś niewyraźne pomruki. Tylko zawsze tendencja jest taka, że pomruki dotyczą potrzeb, a później zupełnie wyraźnie juz artykułowane są pretensje, że potrzeby owe nie zostały zaspokojone.
Zbieram zatem siły, żeby wszystkiemu sprostać i patologii nie robić. Chociaż proste to nie jest.
Mamrolenie i tak lepsze od tego co było jeszcze jakiś czas temu, bo właściwie sprowadzało się do monosylab (z gatunku tych co to przez nie mamuty wyginęły).
Więc staram się nie robić patologii, ale czasami mnie ponosi i wtedy niech każdy co ma coś na sumieniu, albo chociaż zamierza mieć coś na sumieniu , niech się boi. W pięcioosobowej rodzinie w każdej godzinie zdarza się, że ktoś ma jakieś potrzeby i tylko doskonałe zorganizowanie może sprawić, że wszystko zadziała na czas, no i pełne zadowolenie. Niestety, wydaję mi się czasami, że tylko ja zdaję sobie z tego sprawę. Więc jak grafik napięty, to wrzeszczę na wszystkich i rozstawiam po kątach. Chociaż przemocy w rodzinie zdecydowane nie – to jednak porządek jakiś musi być i zasady muszą obowiązywać. I nikt nie będzie mi mamrolił pod nosem. Najgorsze jest to, że do niedawna burczał tylko mój syn, a teraz okazuje się, że to jakieś zaraźliwe jest i chyba gorsze od świńskiej grypy, bo mamroli już jedna córka, a i u drugiej zaobserwowałam dziwne tendencję głosowe.
Chociaż ta ostatnia jako egzemplarz całkiem mały wydawała z siebie tak wysokie dźwięki, że szklanki pękały i szyby w oknach dostawały niebezpiecznych naprężeń. Lata pracy (mojej pracy nad nią) sprawiły, że zaczęła nadawać w paśmie słyszalnym dla normalnego człowieka. A jak pojawiła się choroba mamrolowa i ona przestała wydawać z siebie normalne dźwięki. Czasami mam wrażenie, że oni chcą coś ukryć, ale ja z tych strasznym matek jestem i nie daję się zamruczeć.
I o ile wiem czemu może służyć to u dzieci, to u mojego ślubnego i u matki mojej rodzonej, to chyba złośliwość jakaś jest. I gdyby nie fakt, że na badaniach okresowych stwierdzono, że głucha nie jestem, to mogłabym przysiąc, że tracę słuch i słyszę tylko jakieś niewyraźne pomruki. Tylko zawsze tendencja jest taka, że pomruki dotyczą potrzeb, a później zupełnie wyraźnie juz artykułowane są pretensje, że potrzeby owe nie zostały zaspokojone.
Zbieram zatem siły, żeby wszystkiemu sprostać i patologii nie robić. Chociaż proste to nie jest.
Subskrybuj:
Posty (Atom)