czwartek, 7 maja 2009

Patologia

Nie róbcie patologii – mówi mój syn jak się kłócimy, albo jak wściekła rozstawiam wszystkich po kątach. Znaczy się, ja się domyślam, że to właśnie powiedział, bo już całe lata zamiast mówić jak człowiek, to mamroli coś pod nosem i nie wiem wtedy czy lać od razu czy dopytać się o co chodziło, bo może to coś zupełnie niewinnego jest. Np. jutro wrócę później.
Mamrolenie i tak lepsze od tego co było jeszcze jakiś czas temu, bo właściwie sprowadzało się do monosylab (z gatunku tych co to przez nie mamuty wyginęły).
Więc staram się nie robić patologii, ale czasami mnie ponosi i wtedy niech każdy co ma coś na sumieniu, albo chociaż zamierza mieć coś na sumieniu , niech się boi. W pięcioosobowej rodzinie w każdej godzinie zdarza się, że ktoś ma jakieś potrzeby i tylko doskonałe zorganizowanie może sprawić, że wszystko zadziała na czas, no i pełne zadowolenie. Niestety, wydaję mi się czasami, że tylko ja zdaję sobie z tego sprawę. Więc jak grafik napięty, to wrzeszczę na wszystkich i rozstawiam po kątach. Chociaż przemocy w rodzinie zdecydowane nie – to jednak porządek jakiś musi być i zasady muszą obowiązywać. I nikt nie będzie mi mamrolił pod nosem. Najgorsze jest to, że do niedawna burczał tylko mój syn, a teraz okazuje się, że to jakieś zaraźliwe jest i chyba gorsze od świńskiej grypy, bo mamroli już jedna córka, a i u drugiej zaobserwowałam dziwne tendencję głosowe.
Chociaż ta ostatnia jako egzemplarz całkiem mały wydawała z siebie tak wysokie dźwięki, że szklanki pękały i szyby w oknach dostawały niebezpiecznych naprężeń. Lata pracy (mojej pracy nad nią) sprawiły, że zaczęła nadawać w paśmie słyszalnym dla normalnego człowieka. A jak pojawiła się choroba mamrolowa i ona przestała wydawać z siebie normalne dźwięki. Czasami mam wrażenie, że oni chcą coś ukryć, ale ja z tych strasznym matek jestem i nie daję się zamruczeć.
I o ile wiem czemu może służyć to u dzieci, to u mojego ślubnego i u matki mojej rodzonej, to chyba złośliwość jakaś jest. I gdyby nie fakt, że na badaniach okresowych stwierdzono, że głucha nie jestem, to mogłabym przysiąc, że tracę słuch i słyszę tylko jakieś niewyraźne pomruki. Tylko zawsze tendencja jest taka, że pomruki dotyczą potrzeb, a później zupełnie wyraźnie juz artykułowane są pretensje, że potrzeby owe nie zostały zaspokojone.
Zbieram zatem siły, żeby wszystkiemu sprostać i patologii nie robić. Chociaż proste to nie jest.

środa, 6 maja 2009

Jak byłam w Twoim wieku

To określenie, które zawsze mnie do szału doprowadzało. Moja mama zawsze przy takiej okazji okazywała opowiadała jak było ciężko chleb dostać i że zanim poszła do szkoły to musiała czekać, aż brat wróci żeby wziąć od niego buty, a jak nie wracał to na bosaka zimą przez pola. I generalnie, że obowiązków tyle miała, a za chwilę wychodziło, że gotować to się nauczyła dopiero jak za mąż wyszła (od teściowej się nauczyła). Nigdy nie byłam w stanie zweryfikować tych wszystkich opowieści, bo moja babcia była straasznie stara jak ja mogłam już cokolwiek chcieć wyjaśniać i właściwie nigdy nie wracała do czasów dzieciństwa mojej mamy. Za to jak mój małżonek zaczyna stosować metodę, bo ja w Twoim wieku, to mnie diabli biorą. Znam faceta od jego piętnastych urodzin i pewne sytuacje miały miejsce na „moich oczach”, a o tych wcześniejszych moja teściowa opowiadała z wielkim zamiłowaniem. Bo wszystko można było o niej powiedzieć tylko nie to, że małomówna jest. Opowiadała więc często jak jej malutki jeszcze synek na damskie odkryte kolana reagował w sposób nader zadziwiający. Podchodził do takich kolan i wpijał w nie swoje ledwo uhodowane ząbki. Że wracając zziajany z podwórka łapał pierwsze napełnione płynem
naczynie i wypijał jego zawartość. Został baardzo mocno upomniany jak wypił pół litra młodego wina ściągniętego z butli nastawionej przez babcię i pozostawionego przez chwilę bez opieki. I jak wrócił bez ubrania z odległego zamkniętego kąpieliska, bo strażnik terenu zrobił nagonkę na nielegalnych plażowiczów. I wiele innych.
Ale na własne oczy widziałam z jakim zaangażowaniem i ochotą zabierał się do robienia porządków. Do pewnych sytuacji człowiek po prostu dojrzewa i warto się z tym faktem pogodzić jeśli chodzi o dzieci.
Dlatego też wkurzona jestem jak małżonek wpada wzburzony do pokoju i zaczyna cokolwiek podniesionym głosem przemówienie w stylu – Wyobraź sobie, że już siódmy raz mówiłem jej żeby posprzątała – po czym zostaje włączone słynne zdanie – Ja w jej wieku to własnego pokoju nie miałem a dbaałem o swój kącik.
Jeszcze kilka lat temu wdałabym się w długą i bezprzedmiotową dyskusję, ale teraz mówię tylko – Ta jasne. Czym ślubnego do szału doprowadzam, bo on wie, że ja wiem, że on w jej wieku.
Ale ponieważ jesteśmy rodzicami – tym strasznym organem nauczająco-pouczającym – staję zawsze po jego stronie w kwestiach porządkowych. Bo czemu oni mają mieć lepiej niż my? A później ich dzieci, czemu mają mieć lepiej niż oni? Ktoś musi być przekaźnikiem uporządkowania życia, no i słynnego sformułowania BO JA W TWOIM WIEKU ;P

wtorek, 5 maja 2009

Szara rzeczywistość

Moje najstarsze dziecię, już od wielu miesięcy wybierało się oddać honorowo krew. Niestety ciągle jakaś ”krowa” na drodze stała, a to wyjazd, a to kaszel, a to katar i tysiąc innych rzeczy, aż w końcu objawiła się u niego wada serca i musiał na dłuższy czas odłożyć swój sprytny plan. Oczywiście nie słuchał matki, która tłumaczyła, że od zdechlaków krwi nie biorą i nawet jak bardzo się chce, to to niczego nie zmienia. Trzeba być obrzydliwie zdrowym, żeby oddać i już. Dziecię jednak, jak to dziecię – słuchać matki nie chciało. Poszło do punktu krwiodawstwa, ankietkę wypełniło i przed oblicze lekarza trafiło. A ten papiórek wyczytał i rzekł – I WIĘCEJ MI SIĘ TUTAJ NIE POKAZUJ!!!
Dziecię zmartwione okrutnie do domu wróciło i od matki jeszcze usłyszało – A nie mówiłam.
Ja też dawcą szpiku chciałabym zostać, ale niestety wybrakowana jestem i nie chcą, nawet przy założeniu, że szpik to ja właściwie mam zdrowy, tylko inne części chore.

poniedziałek, 4 maja 2009

Goście, goście







Mieszkanie poza miastem ma swoje dobre strony. Śpiew ptaków, perlista rosa na soczystej trawi i stworzenia, które są tak blisko, że prawie można ich dotknąć. Cieszą moje oczy o każdej porze roku, a czasami odwiedzają w domu.



Jak zaplanować wakacje


Jak byłam jeszcze szczęśliwą posiadaczką długich wakacji, jeden miesiąc przeznaczałam na pracę i pozyskiwanie środków, a drugi na wyprawy po kraju (jedyna otwarta granica, to była granica zdrowego rozsądku). Jak wiadomo najważniejsze w podróżowaniu było planowanie. Koleje, najpopularniejszy wówczas środek transportu, „zaglądały” dosłownie wszędzie. Można było odwiedzić wielkie miasta i maleńkie wioski, tylko przy tych drugich trzeba było sprężać się przy wysiadaniu.
Mając zatem wypracowane wcześniej środki umówiłam się z dwoma koleżankami na wyjazd do Krakowa. Gdzie Kraków każdy chyba wie. Zebrałyśmy się u szczęśliwej posiadaczki mini mieszkanka i zaczęłyśmy się przepakowywać, ale słońce tak pięknie zaświeciło, że uznałyśmy, iż należy się oddać jakimś stosowniejszym zajęciom niż pakowanie, np. plażowanie. Dzień długi, pogoda piękna, to tylko nad wodę. zabrałyśmy rzeczy niezbędne, ręczniki, wałówkę, stroje plażowe i korzystając ze środków transportu podmiejskiego pojechałyśmy nad wodę. Nasze silne postanowienie o odwiedzeniu Krakowa trwało w nas nieprzerwanie. W trakcie krótkiej podróży, w czasie plażowania oraz po powrocie. Dane nam jednak nie było, bo po powrocie się okazało, że jedną koleżankę wzywają pilnie rodzice, druga postanowiła coś załatwić w rodzinnym mieście – korzystając z okazji, a ja przecież nie będę siedziała sama i czekała, więc postanowiłam odwiedzić znajomych w Warszawie. Ustaliłyśmy drugi termin i każda pojechała w swoją stronę. Po kilku dniach wróciłyśmy do „naszego” mieszkanka z nadal mocnym postanowieniem wizyty w Krakowie.
Na dzień dobry spotkała nas przykra niespodzianka. Koleżanki mieszkanko stanowiło część budynku szkoły podstawowej, w której zrobiono próbny rozruch kotłowni. W kotłowni stadnie mieszkały koty (wcale nie domowe). Kot niedomowy jest przeważnie dumnym posiadaczem całego stada różnych pasożytów (koty czyste inaczej), a pchły stanowią grupę przewodnią. Wyobrazić sobie można jak sprawnie zaczęły się rozmnażać jak podniesiono letnią porą temperaturę w pomieszczeniach.
Wróciłam do punktu zbornego jako pierwsza i jak zapukałam do drzwi to otworzyły mi pchły. Nie zastanawiając się zbyt długo poleciałam po sklepach w poszukiwaniu środków zaradczych. Sklepy w tym czasie dość ubogo wyposażone ogólnie, w te środki jednak obfitowały. Wracając ze swoją zdobyczą spotkałam pozostałą część wakacyjnej kompanii i wyłuszczyłam sprawę. Był tylko jeden mankament, wszystkie były w płynie, który należało rozprowadzić równomiernie po podłodze. A na podłodze... klepki.
Ale zapewniam Was wszystko lepsze od pcheł czyhających na swoje ofiary. Do wieczora podłoga pływała w środkach owadobójczych. Zalecenie z opakowania – opuścić pomieszczenie na dwanaście godzin i zabieg powtórzyć. Wyjechać nie mogłyśmy więc wzięłyśmy dodatkową wachtę w stajni i tam spędziłyśmy noc. Spędziłyśmy to dobre określenie, bo o spaniu nie było mowy impreza trwała do rana, bo okazało się na miejscu, że takich „bezdomnych” jest więcej, a wachtówka mała taka. Rano wróciłyśmy wykończone na pole walki z małymi krwiopijcami. Pukałyśmy pukałyśmy, ale nikt nam nie otworzył. Stwierdziłyśmy więc, że drugi zabieg może poczekać, aż trochę się prześpimy. Jak już wspominałam mieszkano mini mini. Jedno jednoosobowe łóżko, kawałek szafy, stół i dwa krzesła. A my trzy. Na podłodze nie można bo środek owadobójczy, no to pozostało łóżko i stół. We dwie spałyśmy na łóżku, a jedna na stole. No i właśnie huk naszej „upadłej” ze stołu koleżanki postawił nas w końcu na nogi. Druga sesja z podłogą i wreszcie upragniony wyjazd. Jeszcze tylko kolacja i prognoza pogody w telewizji i witaj... No właśnie. Okazało się, że Kraków zapadany będzie przez kilka dni, a za to nad naszym bałtykiem wspaniałe warunki. Wepchnęłyśmy wszystko co się dało do plecaków, namiot pod pachę i poleciałyśmy na dworzec po bilety, nadal z wizją Krakowa tylko już mniej pewną. Na dworcu kolejka taka bardziej dwudniowa, a pani rozlazłym głosem zapowiada pociąg do Szczecina. Staje przy kasie i wrzeszczę trzy do Koszalina z przesiadką w Szczecinie. I wiecie co? Kobieta patrzy z obrzydzeniem, wypisuje bilet i oświadcza, że jak się Pani spóźni w szczecinie, to następny co pół godziny. Sama przyjemność podróżowania. Wszędzie można się dostać i o każdej porze i co z tego, że na stojąco na korytarzu, albo w dziesięć osób w przedziale, ale sympatycznie i wesoło.
Teraz już tak nie można. Trzeba planować i czekać w nieskończoność i pustymi przedziałami się podróżuje. No i pchły już nie są takie chętne do otwierania drzwi, za to szerszenie zamieszkały w moim namiocie. Niestety nie toleruję dzikich lokatorów. Zostali wyproszeni.

A nad morzem było super. :D

czwartek, 30 kwietnia 2009

I inne...







Obiecuję sobie ciągle, że zabiorę się za porządkowanie zdjęć rzeczy wykonanych przy różnych okazjach i różnymi technikami. Oczywiście doba z tej okazji nie ma zamiaru się rozciągnąć, a zajęć jest sporo sporo. Bo dużo pracy trzeba włożyć żeby było ogrodowo-kolorowo i na wszystko znaleźć czas strasznie trudno, ale małymi kroczkami do przodu i powstają różne różności. I będą powstawały i jak zawsze powędrują do tych, którzy sobie je „ulubią”. Bo nie ma chyba przyjemniejszej rzeczy od możliwości obdarowywania najbliższych i przyjaciół.
Smutny lizak miś nadal mieszka ze mną, a kwiatowa doniczka zdobi salonik znajomych, ale azalia rozkwita specjalnie dla mojej rodzinki.

Moje zmagania z gliną







Takie próby też były podejmowane. A glina czeka na dalsze działania. Stary indianin jest moją ulubioną maską. A gliniany anioł wylądował wśród aniołów