Zapomniałam - jak wiatr miękkim skrzydłem muska policzki,
Zapomniałam - jak słońce ciepłymi dłońmi otula twarz,
Zapomniałam - jak świetlista potrafi być radość spotkania,
Zapomniałam - jak ciepły deszcz obmywa zmartwienia.
Pamiętam - ból rozstania,
Pamiętam - rozpacz pożegnania,
Pamiętam - jak potrafi krwawić serce,
Pamiętam - chociaż nie wierzę.
czwartek, 30 lipca 2009
wtorek, 28 lipca 2009
Co tak pięknie gra?
Gdybym chciała powiedzieę, że noce spędzam na spokojnym i zasłużonym odpoczynku, to powiedziałabym nieprawdę. Dzisiejsza nocka przerwana została dziwnymi odgłosami z dolnych partii domu. Zerknęłam i okazało się, że u mojego najstarszego palą się wszystkie światła i to z tego rejonu dochodzą odgłosy zaczepno-budzące. Nie bardzo miałam ochotę na wycieczki więc napisałam do latorośli, że spać ma iść – w formie oschłej bardziej, a dziecko mi na to – Przepraszam, karałem świerszcza, bo mi wszedł do pokoju i ćwierkał...
Ale to świerszcz nie był, bo wcale nie przystawał do opisu stworzonego przez potomka kilka tygodni wcześniej – czyli nie był krótszy od skorka i z ząbkami na dupie.
Od rana wymienialiśmy swoje spostrzeżenia na temat nieproszonego gościa i wyszło na to, że to Podłatczyn Roesela był powodem całego zamieszania.
Ale to świerszcz nie był, bo wcale nie przystawał do opisu stworzonego przez potomka kilka tygodni wcześniej – czyli nie był krótszy od skorka i z ząbkami na dupie.
Od rana wymienialiśmy swoje spostrzeżenia na temat nieproszonego gościa i wyszło na to, że to Podłatczyn Roesela był powodem całego zamieszania.
poniedziałek, 27 lipca 2009
Taki sobie dzień
Słowo dupa jest bardzo częstym gościem w naszym domu. Aby podkreślić niewłaściwość jakiejś sytuacji mówimy często jest do dupy, pada deszcz – do dupy, kasy brak – do dupy. Możemy mieś jeszcze dupacki dzień i można by tak jeszcze długo. Nie należy jednakowoż generalizować. Nie żeby było tak całkiem całkiem. Zdarzają się nawet lepsze dni – tyle tylko, że nie ostatnio. Zrobiła się już taka ilość dup, że żeby sobie spokojnie usiąść, to albo trzeba się rozpychać, albo siadać komuś na kolanach. Nawet robót galerniczych nie można zaplanować, bo jak już wolny dzień przychodzi, to okazuje się, że pada na zmianę z burzami. Nie będę pisała, że jest... – ale jest.
Zaczynam się już obawiać, że od czasu mojego niefartownego (patrz – do d...) urlopu, nie ma prawa nic się stać w sposób łatwy, szybki i przyjemny. Jednak jako istota starająca się z uporem maniak dążyć do lepszego, spoglądam w przyszłość z (niczym nie uzasadnionym) optymizmem i czekam na następny urlop, walcząc z przeciwnościami losu. A nawet klej do decu wylał mi się bezczelnie do skrzynki z farbami i większości nie mogę odspawać. Znajduję się na rozdrożu egzystencjonalnym. Emocjonalnie jednak strasznie zdeterminowana do tego zasranego optymizmu.
Zaczynam się już obawiać, że od czasu mojego niefartownego (patrz – do d...) urlopu, nie ma prawa nic się stać w sposób łatwy, szybki i przyjemny. Jednak jako istota starająca się z uporem maniak dążyć do lepszego, spoglądam w przyszłość z (niczym nie uzasadnionym) optymizmem i czekam na następny urlop, walcząc z przeciwnościami losu. A nawet klej do decu wylał mi się bezczelnie do skrzynki z farbami i większości nie mogę odspawać. Znajduję się na rozdrożu egzystencjonalnym. Emocjonalnie jednak strasznie zdeterminowana do tego zasranego optymizmu.
czwartek, 23 lipca 2009
?
Ponieważ przyjęłam teraz taktykę angażowania wszystkich w sprawy domowe, to pierwsze pytanie jakie pada po powrocie po pracy, to – co zrobiłeś (aś) dla domu? To nic, że największym osiągnięciem mojej średniej było schowanie pościeli. A to wyczyn nie lada, dotychczas jej łóżko było wiecznie rozmemłane, a w ramach promocji walały się tam jeszcze ciuchy. A najmłodsze właśnie przedarło się przez rekordowy bałagan w swoim pokoju. Ponieważ mała najwięcej czasu spędza w innych pomieszczeniach, a śpi u babci, to wiecznie w jej pokoju było pobojowisko. Za to synuś za największą swoją zasługę uznał wywleczenie się z wyra przed południem. I pomimo moich upierdliwych pytań, ten ostatni właśnie uznał, że ma liberalnych rodziców i cieszy się, że ma właśnie takich. Z jednej strony moje serce ucieszyło się bardzo na tę wiadomość, a z drugiej mój okropny umysł zaczął węszyć w poszukiwaniu podstępu.
Bo co właściwie oznacza dla niego określenie liberalny?
Grzebałam gwałtownie w pamięci żeby znaleźć oznaki tego liberalizmu i NIC. Zawsze trafiałam na jakąś „konserwę”. Bo w końcu zasad do przestrzegania u nas cała masa, matka ciągle się czepia o durny porządek, ojciec o pracę na rzecz. A tutaj taka niespodzianka.
Okazało się, że dla pierworodnego objawem liberalnej postawy jest pukanie do jego pokoju gdy przyjmuje gości i niezabawianie ich w sposób okrutnie rodzicielski i brak nerwowej reakcji gdy mówi, że idzie na „alkoholową libację do świtu”. Czym mnie totalnie zaskoczył, bo dla mnie było to tak oczywiste, jak to, że nikt mi nie będzie zaglądał do torebki i właził mi do sypialni bez pukania.
Ale tego, że wnosi ciągle tony błota na butach jemu nie przepuszczę – dostanie się po uszach (pomimo tego, że dorosły egzemplarz jest).
Bo co właściwie oznacza dla niego określenie liberalny?
Grzebałam gwałtownie w pamięci żeby znaleźć oznaki tego liberalizmu i NIC. Zawsze trafiałam na jakąś „konserwę”. Bo w końcu zasad do przestrzegania u nas cała masa, matka ciągle się czepia o durny porządek, ojciec o pracę na rzecz. A tutaj taka niespodzianka.
Okazało się, że dla pierworodnego objawem liberalnej postawy jest pukanie do jego pokoju gdy przyjmuje gości i niezabawianie ich w sposób okrutnie rodzicielski i brak nerwowej reakcji gdy mówi, że idzie na „alkoholową libację do świtu”. Czym mnie totalnie zaskoczył, bo dla mnie było to tak oczywiste, jak to, że nikt mi nie będzie zaglądał do torebki i właził mi do sypialni bez pukania.
Ale tego, że wnosi ciągle tony błota na butach jemu nie przepuszczę – dostanie się po uszach (pomimo tego, że dorosły egzemplarz jest).
środa, 22 lipca 2009
Oj, zapomniałam
Wyjazdy
Urlop to fajna rzecz. Człowiek czeka na niego cały rok, a później wychodzi z tego coś takiego. Miała być fajna wycieczka samochodem, a był pociąg. I co z tego, że trzy godziny dłużej jechał, w końcu to urlop i nigdzie mi się nie spieszyło (chyba). Pierwszy dzień pobytu u mojej Kuzyneczki był baardzo intensywny, bo przygotowania do spotkania rodzinnego biegły pełną parą. W końcu miało się zjawić kilkadziesiąt osób. Zjawiło się i owszem, buziole uśmiechnięte, ciałka wyluzowane, pogoda super. Nikt nie marudził, nie narzekał, nie płakał i nie robił scen. Było naprawdę szalenie fajnie. W pięknych okolicznościach ogrodu, starannie wypielęgnowanego przez moją wspomnianą wcześniej kuzyneczkę, spędziliśmy sympatyczny dzień. To nic, że słońce wypaliło mi śmieszny wzór na klacie, a co tam – urlop. Dzień zakończył się wiadomością, że moja mama zabiera moje córki ze sobą i jedzie odwiedzać i spędzać. Już oczami wyobraźni widziałam jak po powrocie do domu nadrabiam straty, które udało mi się zrobić jeszcze przed urlopem i wyjazdem i realizuję plan maksimum. Ale nieee.
Córki z babcią naspędzały się całą jedną noc i poranek, i zaczęły się telefony, że jeden egzemplarz córek jest popsuty. Oznaki wyraźnych słabości ma i inne takie. Robiąc wszystko żeby opanować telefonicznie zaistniałą sytuację, ze spokojem przynależnym na urlopie, staram się wypoczywać i zgodnie ze wskazówkami przekazywanymi z każdą rozmową telefoniczną, się nie denerwować. W końcu dziecko trafia na pogotowie i w efekcie do lekarza. A ja o ironio nie mam jak dojechać, bo autko Kuzynki też półsprawne. Nasi ślubni na wycieczce w Zakpcu. No trudno, dzwonię i mówię jak jest, ale to też ze dwie godziny jazdy zanim wrócą. Dziecko pod opieką lekarską, więc noc będzie spokojna, a wyjazd do niego przełożony na następny poranek.
Poranek przynosi jednak kolejne niespodzianki – panowie uknuli sprytny plan, który w żaden sposób nie chce się pokryć z naszym. Prostowanie zajmuje prawie dwie godziny. Mam ochotę mordować, ale jestem na urlopie i nie wolno mi się denerwować. Podróż przebiega jednak sprawnie. Spotkanie z lekarzem i pierwsze ustalenia dotyczące dalszych losów pozostałych członków wyprawy. Werdykt – babcia do domu, mąż do domu, kupa ciuchów do domu, przygarnięty razem z moimi dziewczynami „obcy” nieletni członek rodziny do domu. Udało się jakoś spakować te wszystkie nadmiary i do domu. A ja z najmłodszą w oczekiwaniu na lepsze jutro, przygarnięte przez rodzinkę.
Jak już dostałam cynk, że babcia i mąż na miejscu oczekiwałam jeszcze jakiejś informacji od kuzynki, że pozbyła się małolata bez specjalnych problemów. Dzwonię i słyszę, że nie dojechali jeszcze, bo... autko się spuło.
Co jeszcze może się nie udać?
Jak już lekarze zdecydowali, że mogę dziecię odebrać – upał był niemożebny. Zabraliśmy, wypraliśmy i pytam jak kogo nastoletniego – Dasz radę do domu? Pięć godzin w pociągu?.
Dziecię już chyba tego spędzania miało po dziurki w nosie i też chciało do domu. Późne popołudnie, dworzec i wielgachna informacja na tablicy odjazdów – 120 minut opóźnienia. Dopytuję dlaczegóź – w końcu wczoraj było już wszystko ok. Wypadek bezradnie rozkłada ręce kobita w informacji. Nie będę z chorym dzieckiem siedziała dwie godziny na dworcu. W poczekalni tylko stare dobre ławki w paski. Po dwóch godzinach musiałabym prosić o torbę na frytki, żeby pozbierać tyłek z tej poczekalni. Jedziemy do mojej cioci, bo niedaleko. Wyposażona w numer na informację, żeby w każdej chwili przyskoczyć i dojechać. Dzwonie później co chwilkę, z uporem maniaka, czy to już. A Pani z uporem maniak odpowiada 120. Jak już nie wytrzymałam i pojechałyśmy na dworzec, to się okazało, że pociąg już sobie pojechał. Szlag mnie trafił, bo w międzyczasie dziecko już krwotoku z nosa zdążyło dostać, a w efekcie musiałam je ciągnąć za włosy na czwarte piętro. Tak się wyśmienicie czuło. Przez pół nocy szalała taka nawałnica, że zastanawiałam się czy tego punktowca nie zwieje i czy trasy będą przejezdne. Były, dojechałam. Pędem do lekarza z dzieckiem leciałam, a jak już wszystko zostało pozałatwiane. Został mi cały jeden dzień urlopu – na robienie prania.
Urlop mam jeszcze pod koniec sierpnia. Nawet boję się myśleć co może przynieść.
Córki z babcią naspędzały się całą jedną noc i poranek, i zaczęły się telefony, że jeden egzemplarz córek jest popsuty. Oznaki wyraźnych słabości ma i inne takie. Robiąc wszystko żeby opanować telefonicznie zaistniałą sytuację, ze spokojem przynależnym na urlopie, staram się wypoczywać i zgodnie ze wskazówkami przekazywanymi z każdą rozmową telefoniczną, się nie denerwować. W końcu dziecko trafia na pogotowie i w efekcie do lekarza. A ja o ironio nie mam jak dojechać, bo autko Kuzynki też półsprawne. Nasi ślubni na wycieczce w Zakpcu. No trudno, dzwonię i mówię jak jest, ale to też ze dwie godziny jazdy zanim wrócą. Dziecko pod opieką lekarską, więc noc będzie spokojna, a wyjazd do niego przełożony na następny poranek.
Poranek przynosi jednak kolejne niespodzianki – panowie uknuli sprytny plan, który w żaden sposób nie chce się pokryć z naszym. Prostowanie zajmuje prawie dwie godziny. Mam ochotę mordować, ale jestem na urlopie i nie wolno mi się denerwować. Podróż przebiega jednak sprawnie. Spotkanie z lekarzem i pierwsze ustalenia dotyczące dalszych losów pozostałych członków wyprawy. Werdykt – babcia do domu, mąż do domu, kupa ciuchów do domu, przygarnięty razem z moimi dziewczynami „obcy” nieletni członek rodziny do domu. Udało się jakoś spakować te wszystkie nadmiary i do domu. A ja z najmłodszą w oczekiwaniu na lepsze jutro, przygarnięte przez rodzinkę.
Jak już dostałam cynk, że babcia i mąż na miejscu oczekiwałam jeszcze jakiejś informacji od kuzynki, że pozbyła się małolata bez specjalnych problemów. Dzwonię i słyszę, że nie dojechali jeszcze, bo... autko się spuło.
Co jeszcze może się nie udać?
Jak już lekarze zdecydowali, że mogę dziecię odebrać – upał był niemożebny. Zabraliśmy, wypraliśmy i pytam jak kogo nastoletniego – Dasz radę do domu? Pięć godzin w pociągu?.
Dziecię już chyba tego spędzania miało po dziurki w nosie i też chciało do domu. Późne popołudnie, dworzec i wielgachna informacja na tablicy odjazdów – 120 minut opóźnienia. Dopytuję dlaczegóź – w końcu wczoraj było już wszystko ok. Wypadek bezradnie rozkłada ręce kobita w informacji. Nie będę z chorym dzieckiem siedziała dwie godziny na dworcu. W poczekalni tylko stare dobre ławki w paski. Po dwóch godzinach musiałabym prosić o torbę na frytki, żeby pozbierać tyłek z tej poczekalni. Jedziemy do mojej cioci, bo niedaleko. Wyposażona w numer na informację, żeby w każdej chwili przyskoczyć i dojechać. Dzwonie później co chwilkę, z uporem maniaka, czy to już. A Pani z uporem maniak odpowiada 120. Jak już nie wytrzymałam i pojechałyśmy na dworzec, to się okazało, że pociąg już sobie pojechał. Szlag mnie trafił, bo w międzyczasie dziecko już krwotoku z nosa zdążyło dostać, a w efekcie musiałam je ciągnąć za włosy na czwarte piętro. Tak się wyśmienicie czuło. Przez pół nocy szalała taka nawałnica, że zastanawiałam się czy tego punktowca nie zwieje i czy trasy będą przejezdne. Były, dojechałam. Pędem do lekarza z dzieckiem leciałam, a jak już wszystko zostało pozałatwiane. Został mi cały jeden dzień urlopu – na robienie prania.
Urlop mam jeszcze pod koniec sierpnia. Nawet boję się myśleć co może przynieść.
Subskrybuj:
Posty (Atom)