poniedziałek, 15 czerwca 2009

Festyny

To super doroczne imprezki zaczynające się w okolicach maja, a ustające dopiero z końcem czerwca. Nie nie. Nie jestem szaloną fanką festynów. Po prostu dziecię średnie śpiewa i tańczy i wiecznie w takich festynach bierze udział. A dla mnie to atrakcja przednia. Przeważnie skwar, albo leje, tłok nieustający, hałas wyrywający bębenki z uszu i dla uatrakcyjnienia sprawy zabieram ze sobą najmłodsze, które robi się upierdliwe już w pierwszej godzinie użycia. Jak była mała mała, to wystarczyło do dmuchanego zamku wepchać, albo do basenu pełnego piłeczek i spokój był. Teraz dziecko żąda bardziej wysublimowanych uciech, a wszystko zaczyna się od słów to tylko ...zł. No nie mogę powiedzieć. Wczoraj były dwa festyny. Pierwszy organizowało PCK i właściwie miał znamiona pouczającego. Średnie dziecię produkowało się na scenie, a my (znaczy ja i najmniejsze) wzięłyśmy udział w przyspieszonym kursie udzielania pierwszej pierwszej pomocy. Dziecko zreanimowało dziecięcego fantoma, popatrzyłyśmy sobie jak strażacy demolują autko, otwierając je jak konserwę i wywlekają ze środka pozoranta, no i niewielką inwestycję w PCK zrobiłyśmy.
Śpiewy się skończyły i dziewczyny zażyczyły sobie lodów. Lody w takie ciepełko? – Czemu nie? Może stara już jestem, ale mały lód kojarzył mi się z czymś raczej niewielkim więc stwierdziłam, że jak one małe jedzą, to i ja się skuszę. Szok lekki mnie lodem przytłoczył. Oczywiście nie dałam rady i dzieciaki z radością mnie objadły, bo ich lody, to chyba stopniały w słońcu.
Dobrze, że przed drugim festynem zajrzałyśmy do mojej przyjaciółki i kapelusz od niej zapożyczyłam, bo niechybnie usmażyłabym się na słońcu, albo chociaż udar cieplny by mnie czekał. To nic, że wzbudzałam niezdrową sensację. Głupsze nakrycie głowy miał tylko facet prowadzący występy grup tanecznych, ale ja się tym ani trochę.
Starsze dziewczę zniknęło zaraz jak dotarłyśmy do placu festynowego, a młodsze włączyło szperacza i doszło do wniosku, że w tym roku plan minimum, to wygrać rower w loterii parafialnej. Zmiękłam chyba na tym słońcu, bo pozwoliłam dziecku na odrobinę szaleństwa i moja i tak już zapełniona torebka wypchana została różnymi dziwnymi przedmiotami, typu wody toaletowe, doniczki, uchwyty na zapiski lub zdjęcia, dobrze, że piłki nie musiałam upychać do środka, ale najfajniejszy był świecznik, co wyglądał jak kociołek czarownicy. A wygrałam go osobiście, bo syn co dotarł do nas w tzw. międzyczasie, zafundował mi los.
W tej turze Mała wygrała otwieracz do butelek, a on sam kubeczek.
Co ma być na kubeczku? zapytała kobieta wydająca fanty – Niech będzie lew, bo to kubek dla najmłodszej siostry. Pani poleciała po fant i wróciła za chwilę cała szczęśliwa z kubkiem, na którym widniał napis „Karolina”.
Miał być ze zodiakalnym lwem – zbuntował się mój pierworodny – Po co mi kubek z Karliną?
Z lwem nie było - powiedziała zadowolona z siebie pani.
- To może być z wagą albo baranem?
Kobieta chyba zrozumiała, że tak łatwo nie pójdzie i poszła wznowić poszukiwania, wróciła po chwili niosąc w ręku trzy kubeczki. Wybraliśmy lwa, a karolinę bez żalu oddaliśmy.
Zmordowana po tych niedzielnych atrakcjach byłam okropnie.

Czy ktoś wie, co to jest?


niedziela, 14 czerwca 2009

W drugą rocznicę...

chciałabym aby los oddał mi brata. :(

sobota, 13 czerwca 2009

Nie oglądaj się za siebie

Kiedyś wydawało mi się to takie oczywiste. Zrobione i nie należy wracać pamięcią i żałować. Ale od czterech lat nie potrafię, bo nie zdążyłam się nawet pożegnać. I każdego dnia o tym myślę.

środa, 10 czerwca 2009

Oto mucha-niedobrucha


Wpajanie dzieciom podstawowych zasad współżycia społecznego to koszmarnie ciężka robota. Nie dosyć, że człowiek zanim jeszcze dobrze zacznie wdrażać proces wychowawczy, to już jest wkurzony, to jeszcze od pierwszych chwil dialo-monologu napotyka na niczym nie uzasadnione trudności.
Może i nie byłby taki zły gdyby nie przechodził tej drogi dosłownie codziennie. Dzieci już od ładnych kilku, żeby nie powiedzieć, że niektóre kilkunastu lat, pobierają nauki w szkołach, codzienny proces przygotowawczy wygląda tak samo. O odrabianie lekcji to ja już nawet nie pytam, bo moje dzieciaki, to taakie szczęście miały, że w ich szkołach nigdy nic nie zadają, nie zadawali i zadawać nie będą. Więc pytanie traci na sensowności. Zadaję więc inne pytanie, wiedząc, że czynność, którego to pytanie dotyczy nastręcza dzie (o sorki młodzieży) najwięcej problemów objawiających się tuż przed opuszczeniem domu.
- Jesteś spakowana (ny)? – I co słyszę?
- Nie do końca.
Pojawia się wtedy błysk szaleństwa w moim oku. Bo co to znaczy nie do końca? Że trochę niby spakowane? Coś się nie zmieściło? A może czegoś brakuje?
Drugi punkt zapalny, to porządek w pokoju. Ja rozumiem, że można nie mieć czasu, że jakaś sytuacja wyjątkowa, że najnormalniej w świecie się nie chce. Tydzień czy nawet dwa, ale to już notorią trąca. Nigdy nie składające się łóżka, ciuchy „przechowywane” w stanie luźnym pomieszanym (czyste i brudne razem), resztki jedzenia i całe tony opakowań po tym co już zjedzone. Zeszyty w artystycznym nieładzie na każdym dostępnym poziomie pokoju, miesięczne złogi kurzu i materiały biurowe zużyte częściowo lub całkiem porzucone byle jak i byle gdzie. I cały ten bałagan wypływający niekontrolowanymi falami z pomieszczeń moich dzieci. Wszystkie oczywiście uważają, że zamknięcie drzwi wpłynie pozytywnie na stan istniejący i stanie się chyba cud i bajzel sam zniknie. A tutaj proszę całe miesiące zmarnowane na nieudany eksperyment „porządku, zrób się sam”. A zbliżają się wakacje. Czas zupełnie nie przeznaczony na ciężką pracę i uporządkowane życie. Całe szczęście ogłosili zbiórkę odpadów wielkogabarytowych.
CZYŚCICIEL POWRACA

wtorek, 9 czerwca 2009

Droga tworzenia


Kiedy kibol frustrat ma ochotę się wyżyć, to sięga po kamień z drogi i ciska nim w innych. Jak ja popadam we frustracje, to sięgam po narzędzia ogrodnicze, po przybory kuchenne, po robótkę – jednym słowem – wzbudzam w sobie jakiś proces twórczy. Jakoś mój umysł nie chce funkcjonować na zasadzie „spalić, zgnieść”. Znam jeszcze co najmniej jedną taką osobę – uzależnioną od tworzenia.
Jednak starego zamczyska nie mamy, bo mogłybyśmy założyć sobie coś a'la klasztor uzależnionych od zieleniny i robiactwa. Zamykając się przed problemami całego świata, tworzyć unikalny ogród i robić eksperymenty ogrodnicze, ważyć nalewki i inne paskudztwa, a na zajęciach terapeutycznych w długie zimowe wieczory tworzyć przedmioty użytku niecodziennego.
A to zaczątki mojego zębca czekające na odpowiedni nastrój i dalsze działania twórcze.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Grzybobranie







Coniedzielny spacer zaczął się jak zwykle, czyli najpierw wszyscy zbierali się długo długo, Skład się ustalał przez kilkanaście minut. Pies wyskakiwał ze skóry, że strasznie już by chciał iść. I wreszcie zespole trzy sztuki dorosłe i jedna nieletnia wyszliśmy. Las jak zwykle stanowił cel naszej wyprawy. Wlekliśmy się strasznie, pies przodem (bo energii miał najwięcej), a stawkę zamykała babcia, która porwała się na wyprawę tylko chyba nie przewidziała, że to kawałek jednak jest. Stanęliśmy oczywiście przed dylematem iść na łąki i pola czy może do lasu, lasu. Jak zapodałam, że właściwie to ja maleńkie wiadereczko zabrałam, bo mocno liczę na obecność jakiejś wiosennej kurki, klamka zapadła. Las i to koniecznie taki z borowikami. Pies szalał, dziecko marudziło, bo właściwie zostało przymuszone, małżonek cierpiał na ból głowy, a babcia robiła dobrą minę do złej gry i starała się po drodze nie rozlecieć. Runda honorowa została odpracowana i wszystko już zmierzało w kierunku domu, gdy na dębie wypatrzyłam dorodnego pomarańczowego „boczniaka” przecudnej urody. Tak mnie zachwycił, że zaczęłam marudzić, że zdjęcie chciałabym takiego, ale aparatu nie wzięłam, a w telefonie karty brak i zdjęć robić nie mogę. Zlitował się mój małżonek, a babcia na ścieżce omdlewała, aż do momentu, w którym dojrzała borowika. Dorodny był i taki borowikowo-borowikowy. Larum zaraz i ochy i achy, ale patrzę pod nogi, a tutaj taki mniej może okazały, ale takoż śliczny. Na to przyleciała najmniejsza (już energia jej wróciła) i namierzyła trzeciego takiego już maluszka maluszka. Radość zapanowała w babskim gronie, a mój ślubny wyleciał z krzorów, w które osobiście jego zapędziłam, okolicę omiótł wzrokiem błędnym i wkurzony powiedział, że specjalnie tak zrobiłam, że tutaj niby takie śliczne odpadki na drzewie, a sama poleciałam te wspaniałe okazy zbierać.
I chociaż wiem, że serio tego nie mówił, to troszkę przykro jemu było, że na pierwsze poważne grzyby w tym sezonie się nie załapał. A na znak protestu pozostałą część niedzieli przespał.
A ja robiłam inne poszukiwania :D