łuki w juki... i na odsiecz Hakurze trzeba ruszyć. Milion mszyc zasmakowało w jej delikatnych listkach i gałązkach, a do tej rozbójniczej ekipy dołączył się dużo większy smakosz.
środa, 13 maja 2009
wtorek, 12 maja 2009
Życie to świnia
Wczoraj miałam wizytę u lekarza, a że babski lekarz wymaga babskiego ubranka, wbiłam się w spódnicę prostą, a nóżki oblekłam w pończoszki samonośne. Oczywiście jak to w naszej służbie zdrowia, oczekałam się w kolejce zasypywana gradem pytań przez moją najmłodszą, którą nieopatrznie zabrałam ze sobą. Dziecię koniecznie chciało się dowiedzieć w jakim celu lata się do ginekologa. Mój lekarz podał na to prostą odpowiedź. Do ginekologa chodzi się w celach nasennych. Znaczy, żeby świadomość prawidłowych badań, pozwalała na zdrowy i spokojny sen. Zatem zaopatrzona w środek nasenny wyleciałam z gabinetu, mocno już spóźniona do innych zajęć. Przez deptak, zahaczając o sklep ze słodyczami do auta. I niby wszystko byłoby ok, ale... Robiąc zakupy poczułam nagle, że niesforna pończoszka zaczyna dążyć w tempie zupełnie niepożądanym, ku ziemi. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że chyba mi się coś jakby przewidziało, ale nie. Każdy krok przybliżał mnie do sytuacji w jakiej chyba nikt by się znaleźć nie chciał. Dopadam zatem auta, mój małżonek po prostu ze śmiechu się pokłada, ja wściekła staram się stoczyć walkę z upierdliwą częścią ubioru. Zła i sfrustrowana mam w perspektywie jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia i te cholerne pończochy, które podciągnęłam pod szyję i całkiem już zniechęcona konsekwentnie realizowałam mój plan. Wysiadłam z auta i ostrożnie postawiłam kilka kroków w oczekiwaniu na efekty. I nic. Przyodziewek na swoim miejscu. Jeszcze kilka kroków i nadal nic. Pewniej zatem i nieco spieszniej podążyłam przed siebie i jak znalazłam się w słusznej odległości od mojej opoki (auta) one znów zaczęły. Najpierw odrobinkę, parę milimetrów. Ogłaszam odwrót, a one wtedy atakują pełną parą, raz jedna raz druga: 5, 10 i 15 milimetrów i tak milimetr po milimetrze w dół. Ja dwa kroki, one kolejne milimetry. Spódniczka niezbyt długa, taka kolankowa, a one coraz śmielej w dół. Jak dopadłam samochodu, jedna z nich bezczelnie wyglądała koronką poza odzienie wierzchnie. Wpadłam do środka autka i ze złością zerwałam te straszne rzeczy z moich nóg. Małżonek znów zaczął przejawiać żywiołową radość i dopytywać się czemu jadem pluję. A ja nie życzę nikomu takiej sytuacji, bo to tak jakby poczuć, że się ma wielką dziurę w spodniach w miejscach ogólnie uznawanych za wstydliwe. I chociaż z taką złośliwością materii nieożywionej spotkałam się po raz pierwszy, to chyba dużo wody upłynie zanim znów podejmę to wyzwanie. A dzisiaj wydaje mi się to o wiele bardziej zabawne niż wczoraj. Ciekawe dlaczego?
poniedziałek, 11 maja 2009
Toksyczna
Jakiś taki ciasny się zrobił ten miesiąc, że aż strach. Nie mam czasu odetchnąć i nie wiem czy to z tego czy innego powodu zrobiłam się strasznie toksyczna. Aż się dziwię, że jeszcze w naszym domu nie pojawiła się ekipa w kosmicznych skafandrach wydzielająca teren skażony. Najpierw „zwalałam” wszystko na pełnię. Faktem jest, że już z dwa tygodnie chodzę niewyspana, bo księżyc prosto w paszczę mi świeci, a nocne marki nie dają mi załapać się na odpowiednią ilość snu. A do tego wszystkiego doszła presja szybko umykającego czasu i mnogości zajęć zaplanowanych, ale kiepsko się realizujących. Na podwórku zamieszkało całe stado roślin czekających na posadzenie, a wszyscy członkowie rodziny, bez względu na wiek, przyłażą z coraz to „fajniejszymi” pomysłami. Faktem jest tylko to, że lepiej się do mnie nie odzywać, nie dopytywać się kiedy, a już szczególnie nie wysuwać żadnych postulatów czy żądań. Pełna wyżywka nastąpi pewnie wraz z końcem tego tygodnia. Jak wyprodukuję kawał tortu na urodziny mojej księżniczki, a jeśli to nie pomoże to nie wiem – chyba przyjdzie rodzinie wysiedlić chwilowo siebie albo mnie.
czwartek, 7 maja 2009
Patologia
Nie róbcie patologii – mówi mój syn jak się kłócimy, albo jak wściekła rozstawiam wszystkich po kątach. Znaczy się, ja się domyślam, że to właśnie powiedział, bo już całe lata zamiast mówić jak człowiek, to mamroli coś pod nosem i nie wiem wtedy czy lać od razu czy dopytać się o co chodziło, bo może to coś zupełnie niewinnego jest. Np. jutro wrócę później.
Mamrolenie i tak lepsze od tego co było jeszcze jakiś czas temu, bo właściwie sprowadzało się do monosylab (z gatunku tych co to przez nie mamuty wyginęły).
Więc staram się nie robić patologii, ale czasami mnie ponosi i wtedy niech każdy co ma coś na sumieniu, albo chociaż zamierza mieć coś na sumieniu , niech się boi. W pięcioosobowej rodzinie w każdej godzinie zdarza się, że ktoś ma jakieś potrzeby i tylko doskonałe zorganizowanie może sprawić, że wszystko zadziała na czas, no i pełne zadowolenie. Niestety, wydaję mi się czasami, że tylko ja zdaję sobie z tego sprawę. Więc jak grafik napięty, to wrzeszczę na wszystkich i rozstawiam po kątach. Chociaż przemocy w rodzinie zdecydowane nie – to jednak porządek jakiś musi być i zasady muszą obowiązywać. I nikt nie będzie mi mamrolił pod nosem. Najgorsze jest to, że do niedawna burczał tylko mój syn, a teraz okazuje się, że to jakieś zaraźliwe jest i chyba gorsze od świńskiej grypy, bo mamroli już jedna córka, a i u drugiej zaobserwowałam dziwne tendencję głosowe.
Chociaż ta ostatnia jako egzemplarz całkiem mały wydawała z siebie tak wysokie dźwięki, że szklanki pękały i szyby w oknach dostawały niebezpiecznych naprężeń. Lata pracy (mojej pracy nad nią) sprawiły, że zaczęła nadawać w paśmie słyszalnym dla normalnego człowieka. A jak pojawiła się choroba mamrolowa i ona przestała wydawać z siebie normalne dźwięki. Czasami mam wrażenie, że oni chcą coś ukryć, ale ja z tych strasznym matek jestem i nie daję się zamruczeć.
I o ile wiem czemu może służyć to u dzieci, to u mojego ślubnego i u matki mojej rodzonej, to chyba złośliwość jakaś jest. I gdyby nie fakt, że na badaniach okresowych stwierdzono, że głucha nie jestem, to mogłabym przysiąc, że tracę słuch i słyszę tylko jakieś niewyraźne pomruki. Tylko zawsze tendencja jest taka, że pomruki dotyczą potrzeb, a później zupełnie wyraźnie juz artykułowane są pretensje, że potrzeby owe nie zostały zaspokojone.
Zbieram zatem siły, żeby wszystkiemu sprostać i patologii nie robić. Chociaż proste to nie jest.
Mamrolenie i tak lepsze od tego co było jeszcze jakiś czas temu, bo właściwie sprowadzało się do monosylab (z gatunku tych co to przez nie mamuty wyginęły).
Więc staram się nie robić patologii, ale czasami mnie ponosi i wtedy niech każdy co ma coś na sumieniu, albo chociaż zamierza mieć coś na sumieniu , niech się boi. W pięcioosobowej rodzinie w każdej godzinie zdarza się, że ktoś ma jakieś potrzeby i tylko doskonałe zorganizowanie może sprawić, że wszystko zadziała na czas, no i pełne zadowolenie. Niestety, wydaję mi się czasami, że tylko ja zdaję sobie z tego sprawę. Więc jak grafik napięty, to wrzeszczę na wszystkich i rozstawiam po kątach. Chociaż przemocy w rodzinie zdecydowane nie – to jednak porządek jakiś musi być i zasady muszą obowiązywać. I nikt nie będzie mi mamrolił pod nosem. Najgorsze jest to, że do niedawna burczał tylko mój syn, a teraz okazuje się, że to jakieś zaraźliwe jest i chyba gorsze od świńskiej grypy, bo mamroli już jedna córka, a i u drugiej zaobserwowałam dziwne tendencję głosowe.
Chociaż ta ostatnia jako egzemplarz całkiem mały wydawała z siebie tak wysokie dźwięki, że szklanki pękały i szyby w oknach dostawały niebezpiecznych naprężeń. Lata pracy (mojej pracy nad nią) sprawiły, że zaczęła nadawać w paśmie słyszalnym dla normalnego człowieka. A jak pojawiła się choroba mamrolowa i ona przestała wydawać z siebie normalne dźwięki. Czasami mam wrażenie, że oni chcą coś ukryć, ale ja z tych strasznym matek jestem i nie daję się zamruczeć.
I o ile wiem czemu może służyć to u dzieci, to u mojego ślubnego i u matki mojej rodzonej, to chyba złośliwość jakaś jest. I gdyby nie fakt, że na badaniach okresowych stwierdzono, że głucha nie jestem, to mogłabym przysiąc, że tracę słuch i słyszę tylko jakieś niewyraźne pomruki. Tylko zawsze tendencja jest taka, że pomruki dotyczą potrzeb, a później zupełnie wyraźnie juz artykułowane są pretensje, że potrzeby owe nie zostały zaspokojone.
Zbieram zatem siły, żeby wszystkiemu sprostać i patologii nie robić. Chociaż proste to nie jest.
środa, 6 maja 2009
Jak byłam w Twoim wieku
To określenie, które zawsze mnie do szału doprowadzało. Moja mama zawsze przy takiej okazji okazywała opowiadała jak było ciężko chleb dostać i że zanim poszła do szkoły to musiała czekać, aż brat wróci żeby wziąć od niego buty, a jak nie wracał to na bosaka zimą przez pola. I generalnie, że obowiązków tyle miała, a za chwilę wychodziło, że gotować to się nauczyła dopiero jak za mąż wyszła (od teściowej się nauczyła). Nigdy nie byłam w stanie zweryfikować tych wszystkich opowieści, bo moja babcia była straasznie stara jak ja mogłam już cokolwiek chcieć wyjaśniać i właściwie nigdy nie wracała do czasów dzieciństwa mojej mamy. Za to jak mój małżonek zaczyna stosować metodę, bo ja w Twoim wieku, to mnie diabli biorą. Znam faceta od jego piętnastych urodzin i pewne sytuacje miały miejsce na „moich oczach”, a o tych wcześniejszych moja teściowa opowiadała z wielkim zamiłowaniem. Bo wszystko można było o niej powiedzieć tylko nie to, że małomówna jest. Opowiadała więc często jak jej malutki jeszcze synek na damskie odkryte kolana reagował w sposób nader zadziwiający. Podchodził do takich kolan i wpijał w nie swoje ledwo uhodowane ząbki. Że wracając zziajany z podwórka łapał pierwsze napełnione płynem
naczynie i wypijał jego zawartość. Został baardzo mocno upomniany jak wypił pół litra młodego wina ściągniętego z butli nastawionej przez babcię i pozostawionego przez chwilę bez opieki. I jak wrócił bez ubrania z odległego zamkniętego kąpieliska, bo strażnik terenu zrobił nagonkę na nielegalnych plażowiczów. I wiele innych.
Ale na własne oczy widziałam z jakim zaangażowaniem i ochotą zabierał się do robienia porządków. Do pewnych sytuacji człowiek po prostu dojrzewa i warto się z tym faktem pogodzić jeśli chodzi o dzieci.
Dlatego też wkurzona jestem jak małżonek wpada wzburzony do pokoju i zaczyna cokolwiek podniesionym głosem przemówienie w stylu – Wyobraź sobie, że już siódmy raz mówiłem jej żeby posprzątała – po czym zostaje włączone słynne zdanie – Ja w jej wieku to własnego pokoju nie miałem a dbaałem o swój kącik.
Jeszcze kilka lat temu wdałabym się w długą i bezprzedmiotową dyskusję, ale teraz mówię tylko – Ta jasne. Czym ślubnego do szału doprowadzam, bo on wie, że ja wiem, że on w jej wieku.
Ale ponieważ jesteśmy rodzicami – tym strasznym organem nauczająco-pouczającym – staję zawsze po jego stronie w kwestiach porządkowych. Bo czemu oni mają mieć lepiej niż my? A później ich dzieci, czemu mają mieć lepiej niż oni? Ktoś musi być przekaźnikiem uporządkowania życia, no i słynnego sformułowania BO JA W TWOIM WIEKU ;P
naczynie i wypijał jego zawartość. Został baardzo mocno upomniany jak wypił pół litra młodego wina ściągniętego z butli nastawionej przez babcię i pozostawionego przez chwilę bez opieki. I jak wrócił bez ubrania z odległego zamkniętego kąpieliska, bo strażnik terenu zrobił nagonkę na nielegalnych plażowiczów. I wiele innych.
Ale na własne oczy widziałam z jakim zaangażowaniem i ochotą zabierał się do robienia porządków. Do pewnych sytuacji człowiek po prostu dojrzewa i warto się z tym faktem pogodzić jeśli chodzi o dzieci.
Dlatego też wkurzona jestem jak małżonek wpada wzburzony do pokoju i zaczyna cokolwiek podniesionym głosem przemówienie w stylu – Wyobraź sobie, że już siódmy raz mówiłem jej żeby posprzątała – po czym zostaje włączone słynne zdanie – Ja w jej wieku to własnego pokoju nie miałem a dbaałem o swój kącik.
Jeszcze kilka lat temu wdałabym się w długą i bezprzedmiotową dyskusję, ale teraz mówię tylko – Ta jasne. Czym ślubnego do szału doprowadzam, bo on wie, że ja wiem, że on w jej wieku.
Ale ponieważ jesteśmy rodzicami – tym strasznym organem nauczająco-pouczającym – staję zawsze po jego stronie w kwestiach porządkowych. Bo czemu oni mają mieć lepiej niż my? A później ich dzieci, czemu mają mieć lepiej niż oni? Ktoś musi być przekaźnikiem uporządkowania życia, no i słynnego sformułowania BO JA W TWOIM WIEKU ;P
wtorek, 5 maja 2009
Szara rzeczywistość
Moje najstarsze dziecię, już od wielu miesięcy wybierało się oddać honorowo krew. Niestety ciągle jakaś ”krowa” na drodze stała, a to wyjazd, a to kaszel, a to katar i tysiąc innych rzeczy, aż w końcu objawiła się u niego wada serca i musiał na dłuższy czas odłożyć swój sprytny plan. Oczywiście nie słuchał matki, która tłumaczyła, że od zdechlaków krwi nie biorą i nawet jak bardzo się chce, to to niczego nie zmienia. Trzeba być obrzydliwie zdrowym, żeby oddać i już. Dziecię jednak, jak to dziecię – słuchać matki nie chciało. Poszło do punktu krwiodawstwa, ankietkę wypełniło i przed oblicze lekarza trafiło. A ten papiórek wyczytał i rzekł – I WIĘCEJ MI SIĘ TUTAJ NIE POKAZUJ!!!
Dziecię zmartwione okrutnie do domu wróciło i od matki jeszcze usłyszało – A nie mówiłam.
Ja też dawcą szpiku chciałabym zostać, ale niestety wybrakowana jestem i nie chcą, nawet przy założeniu, że szpik to ja właściwie mam zdrowy, tylko inne części chore.
Dziecię zmartwione okrutnie do domu wróciło i od matki jeszcze usłyszało – A nie mówiłam.
Ja też dawcą szpiku chciałabym zostać, ale niestety wybrakowana jestem i nie chcą, nawet przy założeniu, że szpik to ja właściwie mam zdrowy, tylko inne części chore.
Subskrybuj:
Posty (Atom)