środa, 15 kwietnia 2009

Pamiątka po babci

Kiedy byłam małą dziewczynką, taką czteroletnią, mama zabrał nas (mnie i mojego brata) w swoje rodzinne strony na zapadłą wieś na lubelszczyźnie. Wieś nie była jeszcze zelektryfikowana, a o dotarciu na nią jakimś transportem publicznym jeszcze przez wiele lat było tylko marzeniem. Pozostawały więc tylko nogi, albo jakiś szczęśliwy traf, w postaci jakiegoś gospodarza jadącego wozem konnym. Niestety my nie mieliśmy takiego szczęścia i przez pola przedzieraliśmy się do domu babci. Szliśmy sobie gęsiego po miedzach (miedza – granica pomiędzy polami, niezaorany pas zieleni), a ja co kilka kroków „wypadałam z toru” i nóżki mi się obsuwały. Zdaje się, że moja cierpliwość w pewnym momencie się wyczerpała, bo zaczęłam narzekać. – Mamuś, ale u tej babci są ksiwe chodniki.
I właściwie tylko ten tekst wypominany mi często i gęsto doprowadził nas jakoś na miejsce. A lekko nie było. W domu babci byłam jeszcze dwa razy jako dziecko i pamiętam, podwóreczko ogrodzone chruścianym płotem, na którym stała chata z bali pokryta regularną strzechą, piec (jedyny w chacie), klepisko zamiast podłogi i izba z łóżkiem pokrytym piernatami (poduszki i kołdry ułożone w stos) i piękną skrzynię drewnianą, i jak się kosą „robi” i buraki przerywa. I babcię też pamiętam. Tylko krzywych chodników nie pamiętam.

czwartek, 9 kwietnia 2009

Jak święta to świąteczne wypieki


Swoja przygodę z kuchnią rozpoczęłam bardzo wcześnie. Mama ciągle w szpitalach, ojciec pracował w terenie, a nas doglądała dochodząca ciocia. Trzeba było coś tam ugotować, żeby nie jeść w kółko kapuśniaczku i żurku – jakimi chętnie obdzielał nas ojciec przed swoim wyjazdem. Jedna z pierwszych prób kulinarnych związana właściwie z chwilową nieobecnością rodziców, to zupka owocowa, do której wrzuciłam różne dziwne rzeczy, a jedną z nich był liść laurowy. Do gara sięgała z trudnością, ale udało się. Do dziś pamiętam miny rodziców, którzy z wielką nieśmiałością, ale posiłek spożyli. Ponieważ pierwsza próba była taka sobie, to podejmowałam następne i następne, i po próbach gotowania przyszedł czas na próby pieczenia. W tej dziedzinie wspierała mnie moja przyjaciółka mieszkająca piętro niżej. Ponieważ w szkole podstawowej lekcje nie trwały w nieskończoność, a czasami rozpoczynały się np. o 11 czy 12 umawiałyśmy się na działania kulinarne. Wiecie – nikt nam wtedy nie był w stanie przeszkodzić ;). Myślę, że do największych porażek możemy zaliczyć bezy, które starałyśmy się wyprodukować w tempie ekspresowym i jeśli ktoś wie coś na temat bezów to wie, że sprawa była już na wstępie przegrana. Wyprodukowałyśmy takie bardziej kamienne, mocno zapieczone cosie, raczej mało jadalne. Drugie miejsce zajęły napoleonki. Wtedy nie było mowy o zakupieniu ciasta francuskiego w sklepie, więc ciasto pracowicie zostało stworzone w domu (wyszło super), za to krem, który miał się „zbiec” po schłodzeniu, stanowił półpłynną masę, która w całości spaskudziła nasze ciasto – zatem też nie dało się zjeść. Ptysie były już jadalne, ale miały tak płaską „formę”, że aż wstyd było nazywać je ptysiami. Od tego czasu minęło sporo lat i ciasta wypiekam z wielkim zaangażowaniem i mam nadzieję powodzeniem. W załączeniu torcik dla jednego z moich dzieci, a w perspektywie są wypieki świąteczne. :D

wtorek, 7 kwietnia 2009

Najpokorniejsza?

Pojawienie się w naszej rodzince drugiego dziecka wywołało niezwykłe poruszenie, do podrośniętego już chłopca dołączyła dziewczynka. Wymarzona przez tatusia piękna księżniczka. Mój syn był dumny okropnie. Gdy tylko wychodziliśmy z młodą na spacer, łapał za kołnierz każdego napotkanego kolegę i zawlekał go do wózka oświadczając dumnie – To moja siostra! Fajna, nie?!
Sielanka nie trwała jednak długo, bo nasza średnia zanim nauczyła się dobrze chodzić, nauczyła się mówić. zanim oczka otworzyła już peplała. No i objawiły się w niej cechy książęce (jak na długo oczekiwaną księżniczkę przystało). Kapryśna była jak księżniczka, awanturnicza jak księżniczka i generalnie cała jak księżniczka. Tupała swoją małą wredną nóżką i dręczyła naszego biednego pierworodnego zabierając jemu zabawki i słodycze które uwielbiała, a on ze stoickim spokojem to znosił.
Potrafiła wrzeszczeć – Mama, maaaaaaaaaaaamaaaaaaaaaaa, a on mnie bije – nie wiedząc o tym, że stoję właściwie za jej plecami i widzę jak wczepia się ze złością w nogę brata i ją zapamiętale kopie.
Do tej pory zostało w niej przeświadczenie, że brat pewnie odmówi jej pomocy, ale jak przystało na księżniczkę nie zamierza jego o nic prosić. Gdybym wiedziała, że określenie księżniczka będzie miało taki straszny wpływ na charakterek mojej córki, to nazywalibyśmy ją kopciuszkiem.



Smuteczki




Ponieważ smuteczków całe mnóstwo i zasmucać Tutaminkowej strony nie chcę to jajka co je wydziergałam ostatnio pokazuję. A liczę na to, że rozterki moich dzieci przestaną mnie zasmucać i uda mi się napisać coś wesołego.