wtorek, 7 kwietnia 2009



Smuteczki




Ponieważ smuteczków całe mnóstwo i zasmucać Tutaminkowej strony nie chcę to jajka co je wydziergałam ostatnio pokazuję. A liczę na to, że rozterki moich dzieci przestaną mnie zasmucać i uda mi się napisać coś wesołego.

piątek, 3 kwietnia 2009

Strachy...

Jak już wspomniałam zwierzyniec w naszym domu trwał prawie nieprzerwanie, po rybkach pojawiły się kanarki, chomiki, papuga, żółw, szczygieł (chociaż podejrzewam, że już w tych czasach było to mało zgodne z przepisami) i myszki były, i uratowane przed wysuszeniem jajka jaszczurek, które jak tylko zamieniły się w jaszczurki zostały wypuszczone do lasu no i pies. A raczej nibypies, ale bardzo kochany (był z nami ze dwanaście lat). Pewnie nie bez powodu mówi się „posłuszny jak pies”, w tym przypadku nie miało to żadnego zastosowania. Ale chyba jedynymi zwierzakami, o których nie wiedziała moja mama były myszki – białe myszki. Zostały przywiezione przez mojego brata i jego kolegę z zoo we Wrocławiu (dziękuję Państwu Gucwińskim, którzy obdarowali chłopców). Problem z myszkami był tylko jeden – moja mama panicznie wręcz bała się myszy, bez względu na ich kolor. Dzikie wrzaski, spazmy i inne dziwne sytuacje, to był efekt spotkania z maleńka myszką. Dlatego myszki mieszkały sobie najpierw w akwarium w szafce, a jak zaczęły gwałtownie się rozmnażać zostały przekazane częściowo do kolegi, a częściowo do piwnicy, do której mama nie zeszła przez całe trzydzieści lat jej zajmowania. Za to miała kilka przygód z myszami. Mnie się wydaja zabawne, ale ona pewnikiem piekło w tym chwilach przeżyła.
W latach kiedy wszystko było wspólne okazywało się, że nie zawsze dla wszystkich na wszystko wystarczało, dlatego też bloki powstające jak grzyby po deszczu (w końcu trzeba było mieć kogo umieszczać na tablicach przodowników pracy), były pozostawiane same sobie. Całe stada myszy i karaluchów poparte niewielką ilością szczurów były zwalczane sporadycznie i raczej we własnym zakresie trzeba było zadbać o niezbędne minimum higieny. Było to raczej trudne, żeby nie powiedzieć niemożliwe do zrealizowania. I właśnie dlatego, któregoś dnia pojawiła się u nas w mieszkaniu mysz (takie niewielkie szare stworzenie z długim różowym ogonkiem) i gdy tylko jej obecność została dostrzeżona, natychmiast doszło do scen dantejskich. Mama krzyczała i wykonywała gwałtowne ruchy kończynami dolnymi, wskazującymi na to, że albo zaczyna się karnawał w Paryżu, bo mama wyraźnie kankana ćwiczyła, albo inwazja strasznych gryzoni już się rozpoczęła.
Po podjętych próbach wypuszczenia stworzenia na klatkę schodową (niech inni się męczą) wezwana została pomoc w postaci mojej cioci, która upartą jednostkę miała zlokalizować, zneutralizować lub zrobić cokolwiek, byleby JEJ NIE BYŁO!!! TEJ WSTRĘTNEJ OKROPNEJ I KRWIOŻERCZEJ MYSZY!!!
Pierwszy etap działań wojennych
Na całej długości (5 metrowego) przedpokoju poustawiane zostały dostępne w domu krzesła i taborety, po których mama niczym rusałka Amelka przemieszczała się z punktu A do punktu B, czyli pomiędzy wnękami na szafy nazywanymi szumnie pokojami.

Drugi etap, z którego mama została całkowicie wyłączona ze względu na jej charakter (akcji nie mamy). Byliśmy z bratem jeszcze szkrabami, ale takimi co to myszy się nie boją, chętnie więc włączyliśmy się do programu poszukiwań zaginionej myszki. Została ona zlokalizowana w jednym z trzech wnęk mieszkalnych.

Etap trzeci
Pokój natychmiast został zamknięty, a wszelkie niedociągnięcia branży budowlanej w postaci szpar zostały pozatykane materiałami różnymi, przy czym myszka otrzymała wyprowiantowanie, aby przypadkiem nie chciała się w napadzie głodu przedzierać przez wszystkie zabezpieczenia.

Etap czwarty – ciocia zamieszkała z nami, aż do powrotu eksterminatora z podróży służbowej.
I wydawać by się mogło, że sytuacja jest całkowicie opanowana, gdyby nie fakt, że nie bardzo mieliśmy się w co ubierać. Przyodziewek został w jaskini zła wraz z kołdrami i poduszkami. Z drugiej jednak strony – dobrze, że mała myszka nie zamieszkała w łazience albo w kuchni ;P

czwartek, 2 kwietnia 2009

Moje maski




A żeby nie było tak monotonnie, zamieszczam zdjęcia moich masek, a przy okazji opowiem jak to się zaczęło.

Co było pierwsze jajko czy...?

Wszystkie dzieci uwielbiają małe zwierzaczki, szczególnie jak są puszyste, maleńkie i bezbronne, ale są dzieci lubiące zwierzaczki bez względu na kolor skóry, stan jej owłosienia, przyzwyczajenia, zgryźliwość czy niewielką komunikatywność. Do tej drugiej grupy należy moja najmłodsza. Od pieluchomajtkowego egzemplarza żywiołowo „nawiązywała kontakt” ze wszelkim zwierzyńcem, a że dziecię wykazuje wielkie zacięcie pedagogiczne, każdy stwór miał „tańczyć” tak jak ona zagra. Pamiętam pierwsze zwierzaki w naszym domu, stara papuga należąca jeszcze do mojego syna oraz dwa chomiki, którymi obdarowała mnie koleżanka z pracy. Chomiki stanowiły atrakcję świąt Bożego Narodzenia. Stanęły w pokoju ogólnego użytku na honorowym miejscu na komodzie, za mieszkanie mając akwarium. Najmłodsza, szkrab jeszcze, korzystając z chwil naszej nieuwagi, wlekła pod komodę krzesełko, drapała się na nie i „zabawiała zwierzaki” pokazując im jak silnie działa w naszym mieszkaniu grawitacja. Akwarium przetrwało tylko kilka dni i chomiki zamieszkały w klatkach, wydawać się mogło bezpieczniejszych dla dziecka i dla zwierzola. Ale mała jeszcze długo uczyła się, że nie należy drażnić nawet tak małych stworzeń – do pierwszej krwi, utoczonej jej przez jednego z podrażnionych chomików ze złośliwego „palucha dźgalucha żebrowego”. Już nigdy więcej nie użyła palca do trącania zwierząt po żeberkach. Najmłodsza uwielbiała zawsze wycieczki do lasu, z wielkim zaangażowaniem ganiając po krzorach w poszukiwaniu jaszczurek. Łapała w końcu jakąś i w żaden sposób nie można jej było przekonać, że maleńka jaszczureczka chce do mamusi. Najpierw musiała się nauczyć chodzić... I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że miała chodzić na przednich łapach. Działania ratunkowe były zawsze w tym momencie intensyfikowane i jaszczurka odzyskiwała wolność.
Dziecię rosło, wraz z nim miłość do zwierząt, a ilość zdobytej wiedzy doprowadził do momentu, kiedy córka postanowiła wyhodować swojego własnego zwierzaczka.
I w tym miejscu w rolach głównych wystąpi jajko. Jajko wydobyte potajemnie z lodówki, umieszczone w kartonie na starym sweterku i owinięte szalikiem zostało umieszczone pod grzejnikiem w pokoju latorośli. Karton nie wzbudził mojego zainteresowania, gdyż takich pojawiało się mnóstwo i służyły przeważnie do przechowywania zabawek.
Karton sobie tam mieszkał i mieszkał i mieszkał i wzbudzał jakieś dziwne emocje w dziecięcej duszy i nerwowość zachowań gdy się w jego pobliżu znajdowałam. I pewnie mieszkał by tak jeszcze długo, gdyby nie to, że w pewnym momencie przeistoczył się w mokry karton. A że one mokro stwierdziłam w obecności dziecka, to zapytałam, co spowodowało ową mokrość. Usłyszawszy dosyć pokrętną odpowiedź postanowiłam załawić sprawę w innym terminie. Otworzyłam kartonik, i zobaczyłam szalik (dobrze, że nie wywlekłam go zbyt gwałtownie, bo okazało się, że w środku jest jajko, więc sweterek wyciągałam już ostrożnie). Jak się pokazało dziecko, wyjaśniłam sprawę i dowiedziałam się, że celem tych wszystkich zabiegów miał być mały żółciutki kurczaczek, a mokradło związane było z koniecznością zapewnienia stałej wilgotności.
Obśmiałam się w duchu jak norka, ale dziecku wyjaśniłam, że niestety nie da się wyprodukować kurczaczka w ten sposób.
Dobrze, że nie mamy strusi :P

wtorek, 31 marca 2009

Jak ożywić złotą rybkę

Swego czasu mój ojciec nie wyobrażał sobie domu bez zwierząt. Pierwszym krokiem były rybki. Akwarium w tych czasach było wymysłem z kosmosu i właściwie trzeba było samemu zadbać o lokum dla tych stworzeń wodnych. Była więc rama wyspawana z kątowników i troskliwie zaszklona wyposażona w dziwne urządzenia, konstrukcji przeróżnej, ale jednak najczęściej samodzielnie wykonanej. Były tam więc elektrody wywleczone z różnych nośników energii, części od młynków do kawy, rurki jakieś i jeszcze inne zadziwiające rzeczy. Byłam wtedy małą dziewczynką, ale zawsze mnie zastanawiało, że skoro są sklepy, w których można kupić rybki i pokarm dla nich, to powinny być też takie, w których sprzedają mieszkania dla tych rybek i osprzęt do nich. Ale nic bardziej mylnego, rybka owszem, w słoiku, z podziurawioną pokrywką, przyniesionym z domu , ptaszek owszem (przedmiotem handlu były głównie kanarki) ale we własnym pojemniku. Sprzedawca miał w nosie czy klient wyniesie swojego nowego pupila w eleganckiej klatce czy w kieszeni. Zapłacił to ma.
No i wracając do tych rybek. Akwaria były przedmiotem dumy mojego ojca, problem był tylko tego typu, że on wybywał z domu na dwa trzy tygodnie do pracy w terenie, a opieka nad akwariami pozostawała w naszych rękach – mamy, moich i mojego brata. Przeważnie ograniczaliśmy się do zapewniania pokarmu i sprawdzaniu czy temperatura jest odpowiednia, bo samoróbne grzałki miały tendencję do nawalania. Któregoś dnia po powrocie ze szkoły stwierdziliśmy z bratem, że jedna rybka (nazwijmy ją złotą) pływa do góry brzuszkiem. Chociaż tak nie do końca, bo właściwie, to jeszcze jakby troszkę na boczku, a tylko troszkę brzuszkiem. Rybka wydała nam się ulubienicą taty, więc panika jaka wybuchła jest trudna do opisania. Złotą rybkę odłowiliśmy do oddzielnego pojemniczka i rozpoczęła się burza mózgów. Pomysłów nigdy nam nie brakowało :D
Pierwsze podjęte próby ograniczyły się do prostowania „kroków” rybki za pomocą narzędzi najprostszych czyli rąk. Rybka stawiana do pionu chwilkę jakby prosto płynęła, ale już za moment chyliła się ku upadkowi. Jak po którejś z kolei próbie już nie dała rady utrzymać pionu nawet przez krótką chwilkę tylko od razu fajt na plecki. Sięgnęliśmy po rozwiązania ostateczne.
W domu od niepamiętnych czasów znajdowała się taka niewielka prądnica na korbkę. Kręcisz korbką i masz prąd. Mocno kręcisz – masz większy prąd. Rybka została więc umieszczona w maleńkim pojemniku z niewielką ilością wody (która ,jak wszystkim wiadomo, prąd przewodzi). Brat trzymał końce przewodów w wodzie, a ja miałam kręcić korbką. Tylko mocno - upominał mnie – żeby silny impuls dostała.
Co tam, brat starszy był, więc i mądrzejszy – uznałam. Zakręciłam korbką i złota rybka wykonała kilka podrygów. wrzucona do słoika nawet chwilę pływała. Ale później na stałe objęła styl grzbietowy.
Za mały impuls, autorytatywnie stwierdził mój brat, mogłaś mocniej kręcić. Wina pozostała jakby po mojej stronie, a rybka wylądowała tam gdzie zawsze lądowały rybki jak odechciało im się pływać. Od tego czasu mieliśmy jeszcze sporo innych zwierząt, ale już nigdy nie podejmowaliśmy się działań reanimacyjnych.
A prądnica jest w naszym domu po dziś dzień. Na szczęście nie mamy rybek, a narzędzie tortur jest skutecznie ukryte.